czwartek, 30 listopada 2017

Dlaczego Kaczyński ponownie upokarza Dudę?

   Złapał kozak tatarzyna, a tatarzyn za łeb trzyma - tak można w telegraficznym skrócie ująć wzajemne stosunki prezesa i prezydenta w ciągu trwającej już prawie dwa miesiące "rekonstrukcji" gabinetu Szydło. Ale w czym tkwi problem i z jakiej to przyczyny naczelnik odwleka osobiste przejęcie sterów o kolejne tygodnie? Przecież Duda w swoich projektach sądowych również ochoczo połamał Konstytucję i w zupełnie wystarczającym stopniu zadbał o miażdżącą przewagę PiSu w KRS i Sądzie Najwyższym. Nawet większości 3/5 przy wyborze członków Krajowej Rady bronił raczej dla zachowania pozorów, godząc się na bezwzględną większość (tę Kaczyński ma z dużym zapasem) w tak zwanym drugim ruchu. Przypieranie prezydenta do ściany kompletnie ośmieszającymi go poprawkami (zgłaszanie kandydatów do KRS przez prokuratorów Ziobry, ubezwłasnowolnienie I prezesa SN, omnipotencja szefa izby dyscyplinarnej, itd.) wydaje się w tym kontekście nieracjonalne i przeciwskuteczne. W końcu Adrian nie po to urządził lipcowe emancypacyjne show, by teraz dać się przeczołgać na oczach wszystkich zainteresowanych; sprowokowanie ponownego, choćby jednego weta, byłoby koszmarnym błędem Nowogrodzkiej o nieobliczalnych następstwach. O cóż więc chodzi?
   Odpowiedzi trzeba szukać w najgłębszych zakamarkach osobowości Kaczyńskiego i jego politycznych nawyków. Naprawdę podjął już decyzję, żeby wypełnić polityczny testament Lecha i po raz drugi zostać premierem - tym razem już zwycięskim, czyli takim, który władzę oddaje sam i z własnej woli, bo nikt nie będzie w stanie mu jej zabrać. Skoro tak, czemu zwleka, narażając rząd Beaty na postępującą destabilizację i rozchwianie? Na jego miejscu każdy inny polityk w Polsce dałby Dudzie głowę Macierewicza, względnie zmusił go do jakiegoś gestu wobec prezydenta, podzielił sprawiedliwie władztwo "czterdziestolatków" w sądach i konsumował w spokoju owoce dwóch lat nieprzerwanych triumfów, szczęśliwie zdarzonej koniunktury gospodarczej i własnego przywództwa. Lepiej już nie będzie, w końcu zaczną się schody. Symboliczną klamrę trzeba zamykać teraz, albo w ogóle zapomnieć o premierostwie. Kaczyński to wszystko świetnie wie, a jednak dąży do upokorzenia prezydenta za wszelką cenę, zniszczenia jego autorytetu we własnym obozie. Tego samego prezydenta, którego współpracy i lojalności bezwzględnie potrzebuje przy operacji rekonstrukcja.
   Wygląda na to, że po pierwsze chce postawić na swoim w stu procentach   - ma to wspólne z Leninem i wczesnym Mussolinim - po drugie nie dopuszcza do siebie myśli, że ktokolwiek może go szantażować (choćby myśleć o tym, czy stawiać żądania) w sprawie objęcia przez niego kierownictwa rządu. Jeśli rzeczywiście poświęcił Macierewicza, co byłoby ruchem aż nadto racjonalnym, tym bardziej musi demonstracyjnie rozjechać opór w sprawie sądów. Wszyscy we własnym obozie i wszyscy w Polsce muszą wiedzieć, że premier Kaczyński z żadnymi czterdziestolatkami nie negocjuje; może ich co najwyżej skarcić i pogrozić palcem. 
Andrzej Duda mógł bronić podmiotowości i autorytetu swojego urzędu jedynie w sposób pryncypialny i oparty o Konstytucję. Jeżeli zgodził się na pseudoprawne gierki, wziął w nich ochoczo udział, a domagał się jedynie większej działki dla siebie - szanujcie mnie, jestem przecież prezydentem! - to odsłonił Kaczyńskiemu najmiększe podbrzusze. - Wrócisz z Wietnamu i co zrobisz? Powtórnie zawetujesz, będziesz umierał za drugorzędne w istocie poprawki? Dlatego naczelnik dociska pedał do oporu i nie pozostawia Dudzie żadnego dobrego wyjścia. Można powiedzieć, że niezbyt wysoko ceni sobie jego komfort i samopoczucie.
   Aż przykro patrzeć, jak solidarnie tarzane i upokarzane są przez Piotrowicza i Warchoła panie Romaszewska i Surówka-Pasek. Prokurator Piotrowicz kolejny raz używany jest do pognębienia i poniżenia przeciwnika: w poprzedniej odsłonie byli nim koledzy z opozycji z lewej strony sali, teraz nasz ulubieniec robi to samo z prezydentem. Trudno powiedzieć, czy Kaczyński liczy się na poważnie z możliwością powtórnego weta - jednak w gruncie rzeczy jest skłonny poświęcić premierostwo dla klarowności sytuacji. Jemu się warunków nie stawia, jego można tylko o coś nieśmiało poprosić.
Paweł Kocięba-Żabski

poniedziałek, 27 listopada 2017

Prawybory w zjednoczonej opozycji

   Im bliżej wyborów samorządowych, a tak naprawdę całego wyborczego maratonu, tym bardziej widać, jak bardzo parlamentarna i pozaparlamentarna opozycja potrzebuje sensownej i klarownej formuły zjednoczenia, zrozumiałej dla wyborców i wciągającej ich w ten proces. Sekretne ustalenia liderów, czynione nad głowami władz własnej partii, nie mówiąc już o jej szeregowych członkach czy zwykłych głosujących obywatelach, kończą się tak jak w sprawie warszawskiej: najpierw Schetyna wysuwa Trzaskowskiego tak jakby żadnych rozmów koalicyjnych nie było, potem Petru idzie w tej sprawie na ustępstwa i ogłasza je publicznie, nie pytając o zgodę nawet szefowej własnego klubu czy zarządu, po czym przegrywa partyjne wybory. W efekcie nikt nie wie, czy jest porozumienie, jakie oraz kogo i do jakiego stopnia zobowiązuje. To przykład modelowy, jak nie wolno prowadzić polityki, jeśli ma ona być wiarygodna przynajmniej dla własnego zaplecza i elektoratu. Im więcej konspiracji i zakulisowych zagrywek, tym wątlejsze społeczne poparcie dla ich rezultatów. Elektorat PiSu toleruje takie rzeczy i uważa je za normalne, bo model wodzowski traktuje jak przyrodzony. Elektorat antyPisu pragnie zjednoczenia i wspólnej listy, ale na zrozumiałych i czytelnych zasadach.
   Polityczny cel operacji jest jasny jak słońce - doprowadzić do wspólnych list Polski niepisowskiej w wyborach samorządowych oraz zbudować w tej sprawie sojusz najszerszy z możliwych - jego podstawą muszą być opozycyjne partie, ale obejmować powinien również bezpartyjnych samorządowców, ruchy obywatelskie (tak zwane miejskie w przypadku większych miast) i kandydatów NGOS-ów. Niedopuszczalny jest zarówno dyktat partii najsilniejszej, jak i parytety ustalane w wąskich gronach za zamkniętymi drzwiami. Szefowie partii muszą się przełamać i zerwać z nawykami wodzowskimi i centralistycznymi; jeśli tego nie uczynią, nie osiągniemy ani szerokiego porozumienia, ani też wyborczego sukcesu w skali kraju. Chaotyczny żywioł będzie wojował ze zwartą i karną maszyną Kaczyńskiego - lokalnie z pewnością odniesie sukcesy, ale tej maszyny nie zatrzyma, nawet nie spowolni jej biegu.
   Mechanizm polityczny, który buduje wiarygodność kandydatów bądź listy, wciąga ludzi w proces ich wyłaniania, wreszcie jest najsprawiedliwszy i najbardziej transparentny, to powszechne prawybory. Powszechne, czyli dopuszczające każdego obywatela, który podpisze się pod minimum programowym Polski demokratycznej, praworządnej i samorządnej. Prawybory stanowią normę we Francji i w USA (tam od zawsze organizuje je aparat państwowy), uczestniczy w nich zazwyczaj kilkanaście procent obywateli; stanowią najbardziej demokratyczną formę wyłaniania kandydatów. Alternatywą jest bowiem głosowanie członków  ugrupowania czy koalicji względnie - jak w naszym przypadku - arbitralna decyzja szefa bądź starszyzny partyjnej. Prawybory przenoszą decyzję najniżej jak można: oddają ją w ręce zainteresowanych wyborców. Eliminują zakulisowe zabiegi u liderów, interwencje centrali i powszechne dziś argumenty finansowe (kandydat finansuje część czy całość kampanii za tak zwane miejsce biorące). Jeśli są dobrze zorganizowane, ich wyniku nie sposób sensownie podważyć. Suweren zdecydował, sprawa jest zamknięta.
   Rysują się trzy zasadnicze warunki powodzenia tego przedsięwzięcia: zgoda polityczna głównych partii i ruchów społecznych co do samej idei, wypracowanie precyzyjnych reguł prawyborczej gry oraz szybkie podjęcie kierunkowej decyzji: wspólne listy kandydatów muszą być gotowe najpóźniej do końca lipca, potem wchodzimy już we właściwą kampanię wyborczą, w której zmierzyć się trzeba będzie z prawdziwym przeciwnikiem. Mamy więc przed sobą osiem miesięcy - czasu na organizację jest więc dosyć, jeżeli liderzy nie będą zwlekać. W przypadku sejmików wojewódzkich i wielkich miast alternatywą może być konstruowanie wspólnej listy w oparciu o średnią aktualnych sondaży - wyłącza to jednak z gry, a w konsekwencji z poparcia, ruchy obywatelskie i miejskie, w znacznej mierze również bezpartyjnych samorządowców.
   Naturalnym kontekstem powszechnych prawyborów zjednoczonej opozycji jest polski model partii AD 2017: wodzowski, skrajnie scentralizowany i hierarchiczny. Powszechną praktykę stanowi przywożenie kandydatów-spadochroniarzy w teczce, ubezwłasnowolnianie lokalnych struktur i arbitralne decyzje centrali. W krajach starej Unii, na pewno w Niemczech, Holandii i całej Skandynawii PiS i PO byłyby natychmiast zdelegalizowane z powodu antydemokratycznych statutów i jeszcze bardziej antydemokratycznej praktyki. Prawybory powinny przełamać te fatalne praktyki i skutkować w przyszłości głęboką reformą partii politycznych, której potrzebujemy jak powietrza, jeżeli chcemy obronić polską demokrację na dłużej i nie opierać się wiecznie na pospolitym ruszeniu.
Paweł Kocięba-Żabski
Więcej na stronie obywatelerp.org 
   

poniedziałek, 13 listopada 2017

Prawica wykonała olbrzymią pracę, teraz nasza kolej!

   Jakie jest wspólne nieszczęście Wyszehradu, czyli Polski, Czech, Słowacji i Węgier, które z każdym miesiącem bardziej doskwiera i przeraża nasze elity? To uczucie politycznej i duchowej pustki, jaka powstaje po stronie proeuropejskich liberalnych demokratów, tych którzy powinni być solą naszej prawie już trzydziestoletniej niepodległości. Względnie najlepiej jest jeszcze w Polsce, w której dwie partie liberalne mają łącznie 35% elektoratu, a większa z nich jest mocno zakorzeniona w regionach. Dla porównania w rozsądnych skądinąd i pragmatycznych Czechach jedyna partia konsekwentnie proeuropejska, czyli socjaliści, zdobyła w niedawnych wyborach 7% wobec ponad 32% zwycięskiego populistycznego ANO (Akcji Niezadowolonych Obywateli) miliardera Andrzeja Babisza i 12% eurosceptycznego ODS. Tradycyjnie niezły wynik uzyskali komuniści, opowiadający się od zawsze za bezwarunkowym wyjściem z Unii. Wynik ten oznacza ostateczny koniec epoki szlachetnej i otwartej polityki Havla, który nie tylko nie doczekał się następców, ale jego scheda traktowana jest jako dysydencki epizod, bez związku z myśleniem i potrzebami normalnych Czechów. W mieszczańskim społeczeństwie, przy kwitnącej gospodarce, zmiotło wszystkie liberalne autorytety: w sondażach zaufania liderują pospołu antybrukselski i prorosyjski prezydent Zeman i jego kandydat na premiera Babisz, oskarżany o współpracę ze słowacką bezpieką, notoryczne oszukiwanie fiskusa i korupcyjne interesy z państwem. Oskarżenia zupełnie mu nie przeszkadzają, przeciwnie - jeszcze zwiększają prestiż self-made-mana i skutecznego stratega.
   Elity, które wyrosły i okrzepły przy Havlu, bohaterowie nielicznej czeskiej opozycji demokratycznej mają w tej chwili podobny wpływ na rzeczywistość jak u nas Wałęsa, Frasyniuk czy Bujak. Nie uczestniczą w życiu politycznym, bo w obecnych partiach nie miejsca ani dla nich ani dla ich sposobu myślenia. Zostali wypłukani gdzieś po drodze, a nie pozostawili rasowych następców. Jednocześnie społeczeństwo czeskie bije rekordy eurosceptycyzmu i niechęci wobec obcych - dotyczy to Cyganów i - identycznie jak w Polsce - uchodźców abstrakcyjnych. W Polsce lukę wypełnił tradycyjny nurt narodowo-katolicki, w Czechach swoisty nihilizm, na którym żeruje Babisz. Jedno i drugie ma wspólnego wroga: to Bruksela, liberalna demokracja i polityczna poprawność. Zarówno Kaczyński jak i Babisz pragną państwa fasadowego, w pełni kontrolowanego przez siebie. W rezultacie państwa Wyszehradu solidarnie wchodzą w czarną dziurę; jeśli w niej pozostaną na dłużej, Unia w obecnym kształcie będzie nie do utrzymania.
   Skąd się bierze ta nagła polityczna zapaść po latach prężnego rozwoju gospodarek, połączonych dodatkowo z potężną niemiecką lokomotywą? Dlaczego powstaje przemożne wrażenie, że liberalnej demokracji nie ma komu bronić? Na pewno częściową odpowiedzią są miliony wykluczonych, którzy nie odnaleźli się w transformacji albo przynajmniej nie załapali się na największe frukta. Jednak większe znaczenie ma niezaspokojony głód wartości, tożsamości i uczestnictwa, budującego wartość zbiorową, wspólnotowy etos. Szczególnie w Polsce ma to ogromne znaczenie, ale również Czechom doskwiera rola montowni Niemiec i Europy - w odczuciu młodego i średniego pokolenia drugorzędna i wtórna. Doskonale wyczuł to Babisz, znakomicie czuje to Kaczyński. Jego ostatnie dwa lata to pasmo finansowego i przede wszystkim prestiżowego dowartościowania Polski B i C, a więc wszystkich tych, których liberalna doktryna pozostawiała na uboczu. - Gdy się szybko rozwijamy, to przecież wszyscy się bogacą - takie myślenie liberałów przygotowało wdzięczny grunt dla populistów. 
   Jest i druga strona tego medalu, która sprowadza się do kadry pracowitych wykładowców, pracowników frontu ideowego, chciałoby się powiedzieć politruków. Prawica, przede wszystkim korwinowcy, narodowcy i kluby Gazety Polskiej wykonały na tym polu olbrzymią pracę; odbyły się tysiące spotkań, często w parafiach z błogosławieństwem i dobrym słowem proboszcza, z założenia najwięcej na głębokiej prowincji, gdzie nie docierają liberalne media. Owoce tych tysięcy spotkań -  obowiązkowo zawsze filmowanych i udostępnianych w sieci - widzimy choćby na Marszu Niepodległości. Ktoś tych kibiców z całej Polski skrzyknął, ktoś ich przekonał do maszerowania pod sztandarem ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Przez długie lata prawica wykonała mozolną robotę formacyjną, dziesiątki - jeżeli nie setki - tysiące godzin poświęconych przekonywaniu i tłumaczeniu politycznego abecadła. Naturalnie zdecydowanie łatwiej jest przekonywać do idei narodowej, z dyżurnym zestawem wrogów niż do wartości liberalnych; jednak druga strona (z pewnością PO) nie wykonała nawet dziesiątej części tej pracy. Wychodziła z założenia, że poprzez naszą obecność w Europie robota wykona się sama, samoistnie i nieodwracalnie. 
   Teraz mleko w sporej mierze się rozlało. Chłopców dowartościowujących się patriotycznie na Marszu Niepodległości już nie odzyskamy. Brak jakiejkolwiek pracy ideowej i programowej po stronie liberalnej przez ostatnie lata przyniósł zemścił się bezlitośnie i mści się każdego dnia. Dlatego oprócz jednoczenia opozycji niezbędna jest ciężka praca formacyjna u fundamentu, z wykorzystaniem najzdolniejszych speców od psychologii społecznej, najnowszej historii i internetu. Wystarczy kliknąć jakiekolwiek hasło z najnowszej historii i momentalnie wyskakuje kilkadziesiąt filmików z prawicową albo skrajnie prawicową interpretacją wydarzenia. Okrągły stół, Magdalenka, noc teczek: proszę bardzo, komuś się chciało, ktoś to opracował i wrzucił. Nie mogę zrozumieć, dlaczego nie ma na to odpowiedzi demokratyczno-liberalnej. Jesteśmy za leniwi? Nikomu się nie chce tłumaczyć oczywistości? W tym tkwi sedno sprawy: oni włożyli tysiące godzin pracy, są ideowi i przejęci swoją misją, a my ziewamy przekonani o swojej intelektualnej i moralnej wyższości. Nie miejmy złudzeń - liberalni demokraci nie odzyskają w Polsce władzy, jeśli nie zaangażują się na full, na 100%, przynajmniej tak samo jak przeciwnik. Czekanie na autokompromitację PiSu nic nie da, bo prawica zbudowała bardzo solidne fundamenty społeczne swej władzy. Teraz my musimy zakasać rękawy i włożyć w sprawę swoje dziesiątki tysięcy godzin. I to natychmiast! 
Paweł Kocięba-Żabski

piątek, 3 listopada 2017

Grzegorzu Schetyno, czy Ty się nadajesz?

   Jeżeli Grzegorz Schetyna będzie nadal budował Zjednoczoną Opozycję w stylu czwartkowej prezentacji Trzaskowskiego - kandydata na prezydenta stolicy, Kaczyński ma zagwarantowaną władzę dożywotnią, a nawet zza grobu. Już wiele miesięcy temu lider PO wzywał do rozmów o wspólnym kandydacie na prezydenta Wrocławia, po czym po kilku dosłownie dniach ogłosił, że będzie to jego kandydatka, Alicja Chybicka. Nazajutrz od Bogu ducha winnej pani profesor odcinała się już Nowoczesna, Dolnośląski Ruch Samorządowy i cała reszta zainteresowanych. Efekt: we Wrocławiu mamy w tej chwili pięciu potencjalnych kandydatów opozycji (oprócz Chybickiej m.in. posłów Protasiewicza i Jarosa) i dwóch niezależnych, a to nie jest nasze ostatnie słowo. Metoda pod hasłem "negocjujmy mozolnie, negocjujmy, a ja z partyzanta będę ogłaszał kolejnych kandydatów" wydaje się niezawodna: zawsze ten sam schemat niespodziewanej konferencji prasowej i po chwili zdumionych min niedoszłych koalicjantów przed kamerami. W takim właśnie ogniu wykuwa się jedność i wzajemne zaufanie opozycji.
   Należy z tego wnosić, że za miesiąc Schetyna z równym przekonaniem ogłosi Jarosława Wałęsę w Gdańsku, Zdanowską w Łodzi i Jaśkowiaka w Poznaniu. Partnerom - politycznym i społecznym - nie pozostanie nic innego, jak ogłosić swoich i we wszystkich większych miastach kandydat PiSu walczył będzie z czwórką albo piątką naszych. W końcu w Warszawie Nowoczesna ma Kamilę Gasiuk-Pihowicz, a lewica Barbarę Nowacką, które nie szefowały kampanii HGW, a wyborczo wcale nie są od Trzaskowskiego słabsze! Prezes obserwuje te harce z serdecznym uśmiechem: teraz wystarczy tylko zmienić ordynację, zlikwidować drugą turę i dumne niezdobyte twierdze same oddadzą władzę w dobre ręce. Jak to będzie wyglądało? Ano w Warszawie Patryk Jaki 25%, a za nim czwórka naszych, powiedzmy po 15-20%. Dla PiSu druga tura to oczywista przeszkoda, którą przy własnej partyjnej dyscyplinie należy bezwzględnie usunąć. Najlepiej w ostatniej chwili, żeby się przeciwnik nie zdążył przegrupować.
   Schetynie wydaje się najwyraźniej, że działa racjonalnie i z pozycji siły - pozostali będą w końcu musieli niechętnie poprzeć jego kandydatów. To typowy okaz generała poprzedniej wojny, w której wygrywał jak chciał i mógł potem z satysfakcją popalać cygaro. Ta wojna będzie całkowicie inna i będzie o wszystko, głównie o życie: druga kadencja PiSu będzie oznaczała całkowitą zmianę reguł gry i niemal pewne kadencje następne. Wybory samorządowe są szczęśliwie pierwsze, PiS nie czuje się w nich mocny, samorządu nie lubi i tego nie ukrywa. Skoro tak, opozycja musi je zdecydowanie wygrać, by złamać zwycięski impet naczelnika i wyłonić - właśnie w zwycięskich potyczkach samorządowych - wspólną listę na wybory parlamentarne. W świetle takiego wyzwania i takiej odpowiedzialności małe gierki z Trzaskowskim i Chybicką są w oczywisty sposób szkodliwe i przeciwskuteczne. Podrywają wzajemne zaufanie, prowokują działania - wstyd powiedzieć - odwetowe. Na głównym rozgrywającym opozycji spoczywa szczególna odpowiedzialność za całokształt: powinien czynić wręcz ustępstwa słabszym partnerom, żeby skonsolidować drużynę. Na pewno nie wolno mu występować z pozycji siły (jakiej siły? 18, 20%? - z tym się w skali kraju niczego nie zwojuje!) ani stawiać ich przed faktami dokonanymi. To przejdzie raz, przejdzie drugi, a w końcu rozbije nieodwracalnie słabiutką jeszcze i nieugruntowaną jedność.
   Wielu powie: no właśnie, przecież ten Schetyna się kompletnie nie nadaje. I tutaj żarty się kończą całkowicie. Do wyborów samorządowych został rok, do parlamentarnych dwa lata. PiS dobija do 50% w sondażach. Wszystko, czym w tej chwili dysponujemy to około 35-40% wspólnie liczonego poparcia dla PO, N, PSL i SLD. Schetyna powinien to poparcie przekuć w zwycięstwo w samorządach - jeśli tego nie potrafi, to rzeczywiście się nie nadaje. Ale oznacza też, że jeśli się nie nadaje, to już przegraliśmy. Nowa polityczna jakość nie powstała, czas dla tego niezbędny kurczy się niemiłosiernie. Swojej wspólnej reprezentacji nie wyłoniła ani lewica - Bóg jeden wie, na co czeka Barbara Nowacka? - ani ruchy obywatelskie, przewodzące letnim protestom sądowym. Po lewej stronie mamy dwa ugrupowania walczące o przekroczenie progu 5% (SLD i Razem), które nigdy nie pójdą razem. SLD bezwzględnie powinno włączyć się w Zjednoczoną Opozycję, żeby przynajmniej jego elektorat nie posłużył (jak poprzednio) umocnieniu przewagi partii rządzącej. Ruchy obywatelskie mogą i powinny powołać polityczną reprezentację, ale to powolny i delikatny proces; nie one przesądzą w walce o sejmiki wojewódzkie, na pewno pomogą w wielkich miastach. Pomogą - jeśli dojdzie do ich konstruktywnej współpracy z opozycją. Mogą też rozbić ostatecznie głosy antyPiSu, jeśli do niej nie dojdzie.
   Ustalmy więc, co mamy, a czego nie mamy. Mamy Schetynę i istniejącą partyjną opozycję, która budzi w dużej części antyPiSu uśmieszek politowania; nie mamy za to niestety ani zjednoczonej lewicy ani politycznej reprezentacji silnych ruchów obywatelskich. Czasu pozostaje niewiele, PiS jest mocny jak nigdy, a materia społeczna pozostaje krnąbrna i nieprzewidywalna.
   Dziś pozostaje apel do lidera PO: Spójrz Grzegorzu rano w lustro i podejmij męską decyzję - chcę uratować Polskę przed PiSem, czy nie? Zrobię wszystko, co potrafię, czy będę kombinować, że jakoś to się samo ułoży? Odstąpię od egoizmu w imię większej sprawy? Jeśli nie, to powinieneś sam wyciągnąć wnioski i to szybko. Jeżeli Polska niepisowska pozostaje bez lidera, powinniśmy o tym wiedzieć. 
Paweł Kocięba-Żabski

poniedziałek, 30 października 2017

Państwo obywatelskie, bo obywateli, a nie czających się w mroku spryciarzy

   Dominujący dziś w Polsce spór idzie również o to, ile widzimy i ile jesteśmy w stanie dostrzec z realnych mechanizmów rządzących naszym życiem politycznym i w konsekwencji - szerzej - społecznym. Coraz częściej czujemy, że kompletnym teatrem marionetek staje się rząd, parlament, Trybunał Konstytucyjny, prokuratura, za chwilę grozi to sądom podlegającym konsekwentnie wymienianym prezesom, a w kolejce - w perspektywie kilku miesięcy czekają media prywatne, bo publiczne robią już wszystko na rozkaz albo jego usłużne domniemanie. Lista tego, czego nie wiemy i co pozostaje tajemnicą mafijno-partyjniackiego układu (jak dobrze, że naczelnik tak spopularyzował ten zgrabny termin) ciągle się wydłuża: nie mamy pojęcia, kto tak naprawdę aferą podsłuchową pogrążył i zdewastował rządy Tuska i Kopacz (Rosjanie, ludzie Kamińskiego, czy może też pospołu?), nic nie rozumiemy z tego, kim naprawdę jest Macierewicz i czyje interesy realizuje (Putina? Kaczyńskiego z Putinem powiązanych jakąś szaloną megalomanią?), a może i własnej zaburzonej psychiki, która pod koniec kariery dostała wreszcie w ręce państwowe i militarne zabawki? A Trybunał Konstytucyjny kierowany przez ludzi, wychowanych i prowadzonych przez służby? "Wyborcza" napisała o Muszyńskim i Przyłębskich swoje i co dalej? Dokładnie to samo, co z Piątkiem i jego książką o Macierewiczu. Czyli literalnie nic, końcówki w wodę, a prawdy  możemy się jedynie domyślać po jej odległych symptomach. Tam, gdzie powinna królować bezwzględna transparentność postaw, motywacji i interesów, mamy do czynienia z królestwem interpretacji, fantomów i fantazmatów. Sam naczelnik wydaję się tym stanem rzeczy zachwycony, bo tak właśnie sobie zawsze wyobrażał politykę: jako misterną robotę ukrytego za kulisami wszechmocnego demiurga.
   Dlaczego Macierewicz niszczy armię? Dlaczego Kaczyński wypycha Polskę z bezpiecznej, obywatelskiej i gospodarczo potężnej Europy? Oni przecież z założenia ukrywają prawdziwe myśli i intencje, wychodząc ze starego jak świat założenia, że polityczna kuchnia nie nadaje się dla prostaczków. Tym można pokazać co najwyżej ćwierć prawdy, dokładnie tyle, by móc nimi swobodnie i wygodnie manipulować. Transparentność i obywatelskie zaangażowanie oraz  kontrola władzy to piękna i bardzo ambitna idea - właśnie się od niej szybko oddalamy, w tempie jednostajnie przyspieszonym. W miejsce powszechnie zrozumiałych i czytelnych procesów dostajemy świat mętnych insynuacji, ukrytych mechanizmów i wtajemniczonych cwanych gap wyposażonych w tajemną wiedzę z pierwszej albo drugiej ręki. Czy ktoś poza Kaczyńskim wie, dokąd zmierzamy i gdzie jutro wylądujemy? Czy on sam na pewno to wie? Jak się to ma do odpowiedzialności za duże europejskie państwo i naród, która powinna być wspólna, przynajmniej dla zaangażowanych i aktywnych obywateli? Szkoda nawet pytać, bo ma się nijak. Tajemniczy Don Pedro przechwycił kierownicę, reszta to przypadkowi pasażerowie, zdani na łaskę kapryśnego losu i wątpliwej formy kierowcy.
   System demokratyczny oparty na partiach może się rzecz jasna łatwo wyrodzić i to na dwa sposoby na raz, które najprecyzyjniej możemy obserwować na Węgrzech (wersja soft) i w Turcji (wersja hard). Po pierwsze partie stają się wydmuszką, w istocie jedynie koterią połączoną wspólnym interesem i podporządkowaną wodzowi, który rozdaje frukta. Po drugie wszelkie bezpieczniki, takie jak trybunały, sądy, wolne media przeobrażają się w czystą fasadę, w pełni kontrolowaną przez egzekutywę. Reszta pozostaje już domeną układu rodzinno-klanowego, który błyskawicznie tworzy posłusznych sobie i wiernych rodzinie oligarchów. Na Węgrzech względnie niezależne pozostały jedynie miejscowe filie światowych korporacji, choć i one muszą się układać z rodziną Fideszu. W przeciągu jednego pokolenia obywatele dostali wpływ na własne życie i odpowiedzialność za wspólnotę, po czym ją szybko i bezpowrotnie utracili. Wszystko to dzieje się w kraju unijnym, a w przypadku Erdogana natowskim. Formalnie Budapeszt i Ankara to nadal demokracje, nawet referendum "sułtańsko-prezydenckie" ten ostatni wygrał jedynie o włos. Ale wygrał, skonsolidował dyktatorską władzę i skazuje prawdziwych i domniemanych przeciwników na dożywocie. W ciągu zaledwie kilku lat demokracja zamieniła się we własną parodię, pustą w środku i wypraną z jakiejkolwiek realnej treści.
   Polska jest większa niż Węgry i zdecydowanie bardziej zakorzeniona w Europie niż Turcja. To samo w sobie nas nie uratuje, a poprawi nam jedynie chwilowo samopoczucie. Pomoże nam jedynie mozolna i konsekwentna budowa obywatelskich wspólnot, od dołu do samej góry. Dlatego dokładnie odwrotnie, niż robi to PiS, trzeba budować i realizować program Polski uczestniczącej i obywatelskiej, w której nikt nie pozostaje w teorii ani w praktyce poza demokratyczną kontrolą i jurysdykcją. Oznacza to wzmocnienie istniejącego samorządu terytorialnego, jego odbiurokratyzowanie i wypełnienie obywatelską treścią, likwidację urzędów wojewódzkich, wprowadzenie wyborów powszechnych marszałków województw, radykalne odchudzenie administracji rządowej, w szczególności agencji i delegatur. Oznacza to również, a może przede wszystkim głęboką reformę prawa o partiach politycznych. Koniec z powszechnym obecnie systemem spadochroniarzy, koniec z dyktowaniem list przez ścisłe kierownictwo, a dokładnie przez szefa - lista wyborcza  ma być odzwierciedleniem prawyborów w okręgu. Finansowanie partii z budżetu - tak, ale warunkowe i pod ścisłą publiczną kontrolą: na prace programowe, na think-tanki, na wartościowe ekspertyzy, nie na kampanie reklamowe robione przez pociotków, garnitury, cygara czy ochronę prezesa. Słowem jak najwięcej świadomego i aktywnego obywatela, a jak najmniej Galla Anonima, schowanego za biurokratycznym pancerzem. Na każdym szczeblu obowiązkowe konkursy, poddane rzetelnej społecznej kontroli, jednoznaczne oddzielenie administracji i szkolnictwa od kościołów - nie z powodu antyklerykalizmu tylko odcięcia ich z zasady od nieformalnych i niekontrolowanych wpływów. Zmiana senatu w izbę reprezentującą samorządy terytorialny i zawodowy: to stary pomysł wzorowany na bundesracie, który wzmocnił pozycję landów wobec centrali; daj Boże naszym samorządowym województwom taką pozycję w systemie władzy.
   Pisowskie doświadczenie musi nam posłużyć jako trwały i nieodwracalny przełom w myśleniu o wspólnocie. Jeśli oni wszystko centralizują, paradoksalnie rozmywając przy tym jakąkolwiek odpowiedzialność (komu wystawimy ostatecznie rachunek, Kaczyńskiemu pod osiemdziesiątkę?), to my programowo budujemy wspólnotę z czytelnym i transparentnym modelem odpowiedzialności. Obrady komisji i rad wszystkich szczebli oraz sejmików obowiązkowo w internecie - wszyscy zainteresowani mają prawo wiedzieć, co wybrani przedstawiciele im szykują. Powszechny i bezwzględny dostęp do informacji publicznej, bez obecnych wybiegów-wytrychów, które przesądzają o kulturze tajności; Obywatel ma prawo wiedzieć, chyba, że naprawdę nie chce, czego się przecież nikomu nie zabroni.
   Jednym słowem wszystko, co wciąga ludzi w orbitę życia małej i dużej wspólnoty oraz daje im realne uczucie współuczestnictwa i współdecydowania, musi cieszyć się prawdziwym i nieudawanym  priorytetem. Pierwsza "Solidarność" sformułowała w 1981 roku program Samorządnej Rzeczypospolitej - nie zmarnujemy pisowskiej twardej szkoły życia i przeżycia, jeśli ten testament po prawie czterdziestu latach wypełnimy. Jest to myślenie na wskroś patriotyczne i państwowotwórcze - właśnie ono, a nie świat koterii i niejasnych wpływów przykryty narodowym frazesem oraz dewocyjnym zakłamaniem. Taki front walki z PiSem ma głęboki sens i szansę powodzenia.
Paweł Kocięba-Żabski  
Więcej na stronie obywatelerp.org 

piątek, 27 października 2017

Silne państwo a głodujący rezydenci

   Strajk rezydentów bezlitośnie obnaża silne i sprawne państwo PiS. Silne, gdy trzeba napuścić publiczność na aktualnie zwalczaną grupę społeczną, silne, gdy miliardy mają się znaleźć na propagandę czy (niektóre) zabawki pana Antoniego. Silne również wtedy, gdy społeczeństwu regularnie ograbianemu z wolności, jej bezpieczników prawnych, medialnych czy obywatelskich, trzeba zastosować socjalną anestezję na kredyt: 500 plus, wcześniejsze emerytury i płacę minimalną. Służby zdrowia w propagandowej kampanii nie przewidziano, bo to materia niewdzięczna i skomplikowana, trudna do szybkiego wykorzystania natychmiast, tu i teraz. Skoro nie przewidziano, skoro priorytety dobrej zmiany dotyczą służb specjalnych, IPN-u i własnego aparatu medialnego, to trzeba protest przeczekać, biorąc głodujących na zmęczenie i obsmarowując ile wlezie. Jeśli sędziom miesiącami przyprawiano gębę złodziei i aferzystów, to jaki problem wypuścić psy gończe na niekochanych w większości doktorów. Natomiast mowy nie ma o tym, aby silne podobno państwo wzięło się za barki z samym problemem - strukturalnym i finansowym - który narasta i w końcu eksploduje.
   Eksploduje głównie dlatego, że zakorzeniliśmy się na dobre w Unii Europejskiej i najmłodsze pokolenie lekarzy i pielęgniarek wreszcie ma wybór - agencje od ręki załatwiają pracę w Niemczech, Szwecji czy Norwegii, pomagają również znaleźć pracę współmałżonkowi czy życiowemu partnerowi. Jeśli zważyć, że 20 tys. rezydentów tworzy współczesny zasób niewolniczy do czarnej roboty (ich udział w dyżurach przekracza zapewne 50%), a ciężar pracy frontowej na styku z pacjentem wykonują w wielkiej mierze właśnie oni, to lepiej nie myśleć o skutkach exodusu na przykład połowy z nich. System by się natychmiast zawalił, a na SORze czekalibyśmy nie 10 godzin, jak obecnie, ale dwie doby i dłużej. Pokusa jest olbrzymia: płaca od ręki sześciokrotnie wyższa, obciążenie nieporównanie mniejsze, możliwości profesjonalnego rozwoju nieograniczone, choćby z powodu wyrwania się z ogłupiającego i odczłowieczającego kieratu. Możemy do lekarzy-rezydentów apelować o poświęcenie i patriotyzm, jednak jasne jest, że w przypadku każdej innej naszej grupy zawodowej, mało kto by się wahał. Od 2005 roku Zachód wydrenował jedną dziesiątą polskich lekarzy, prawie 12 tysięcy osób - zaskakująco mało, jak na kosmiczną dysproporcję w zarobkach i prestiżu. Średnia wieku lekarza i pielęgniarki w Polsce znacznie przekracza pięćdziesiątkę: jeżeli odetniemy dopływ młodzieży, w ciągu najbliższych pięciu lat czeka nas katastrofa.
   Winnych tego stanu rzeczy nie trzeba szukać daleko. To bezduszność i bezmyślność państwa oraz egoizm i krótkowzroczność liderów środowiska, nie wszystkich rzecz jasna. Jeśli orze się rezydentami bez litości i opamiętania, milcząco traktując wieloletni okres ich pracy jako czyściec i odpowiednik roli "kotów" w dawnym wojsku, to zasadne jest pytanie o odpowiedzialność ordynatorów i dyrektorów szpitali. Naturalnie powiedzą, że zawsze tak było i że winny jest "system", a oni tylko zapewniają ciągłość pracy w placówkach i na oddziałach. To prawda, jednak stojąca za tym mentalność uderzająco przypomina PRL-owskich trepów: ja przez to piekło przeszedłem, teraz wasza kolej. Nikt się nie czuje odpowiedzialny za obraz całości, a już na pewno nie resort zdrowia pod Konstantym Radziwiłłem. Wyjadą - trudno, ściągniemy z Ukrainy, dobierzemy z Białorusi. Kluczowa jest tu psychologia - jeżeli teraz upokorzy się głodujących i protestujących w całym kraju rezydentów i lekarzy wspomagających, rozpocznie się fala decyzji wyjazdowych, bez oglądania się na jakiekolwiek skutki. Państwo PiS rozpoczęło bezmyślną nagonkę, bo taką ma naturę i takie kompetencje; inaczej niż w przypadku sędziów, lekarze, a już na pewno młodzi, mają wybór. Mogą zagłosować nogami.
   System niewolniczy, swoistego przywiązania do ziemi, jaki zafundowaliśmy rezydentom, bardzo wiele mówi o nas samych. Przełożeni świetnie zdają sobie sprawę z jego skrajnej niesprawiedliwości oraz szkodliwości, jednak natura takiej relacji jest klasycznie obrzydliwa: mam na ciebie trzymanie, zależy ci na zdobyciu specjalizacji, więc zasuwaj 60 godzin na tydzień, a potem się odkujesz na młodszych. Fundusz Pracy płaci ci głodową stawkę, szpitala to nie obciąża, a dorobisz sobie dyżurami, podpierając się nosem i na kroplówce. Taką mamy mentalność szefów szpitali i ordynatorów i z taką stykają się nieodmiennie lekarze-rezydenci. Ten wrzód musiał wreszcie pęknąć - jeśli pani premier, wynajęta przecież do innych zadań i skrajnie niesamodzielna, ministerstwo, a na końcu samo środowisko zlekceważy, mówiąc brutalnie oleje ten krzyk rozpaczy, szykujmy się na załamanie systemu. W tej chwili rezydenci wykonują pracę za starszych kolegów (ci mają prywatne praktyki i inne obowiązki, zrozumiałe przecież w naszych warunkach) w charakterze wygodnej w użyciu niewolniczej siły roboczej - gdyby ich zabrakło, służby zdrowia w Polsce zwyczajnie nie ma.
   Państwo PiS silne jest w rozdawnictwie, służbach i w propagandzie na własną cześć: w tym przypadku zderza się z dramatycznym problemem strukturalnym i społecznym, dotykającym wcześniej czy później wszystkich obywateli. Ciekawe, czy strategicznemu geniuszowi z Nowogrodzkiej starczy rozsądku i wyobraźni, żeby zatrzymać nadchodzące nieszczęście. Starsi lekarze, a w szczególności menedżerowie placówek muszą poczuć się wreszcie współodpowiedzialni za całokształt, nie jedynie za rozpiskę dyżurów do końca tygodnia. Rezydenci strajkują  również, a może przede wszystkim dla nich, żeby ratować system zagrożony u podstawy.
Paweł Kocięba-Żabski         

niedziela, 22 października 2017

Potrzebujemy Zjednoczonej Opozycji - politycznej, społecznej i każdej innej

   Wszyscy, no może prawie wszyscy, uwielbiamy gry strategiczne, w których miażdżymy armię Mordoru, względnie pomnażamy majątek w błyskotliwej permutacji. Królewnę i całe królestwo temu, kto podjąłby się teraz rozłożyć strategicznie Kaczyńskiego na łopatki, a jeszcze - na deser - stworzyć Polskę lepszą i sprawiedliwszą od III RP. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują niestety, że magik ten się jeszcze nie narodził, a scenariusze dla nas napisze ponura i przaśna rzeczywistość, nie za bardzo przejmując się naszą wolą i wyobrażeniami. 
   Pokora wobec tego stanu rzeczy, zrozumienie brutalnych konieczności, przed jakimi stoimy, to najważniejsza cecha polskiego stratega AD 2017, ważniejsza nawet od kreatywności, której liderom parlamentarnej opozycji tak bardzo brakuje. Przykłady: pierwsze z brzegu - taktyka PSLu wobec nadchodzących wyborów samorządowych. Będą pierwsze i one ustawią psychologicznie następny ciąg zdarzeń. Jeśli złamie się w nich skutecznie zwycięski impet PiSu, odbierzemy Kaczyńskiemu mit nieuchronności jego rewolucji (kontrrewolucji?) i paraliżujące wejrzenie bazyliszka. I co na to niegłupi przecież Kosiniak-Kamysz? On do wyborów pójdzie sam, bo jego elektorat wyklucza się z liberalnym. Chłopie, to nie ma najmniejszego znaczenia - jeśli pójdziesz osobno, przepadniesz, a twoje głosy skonsumuje pisowski smok. Pobudka: to nie będą normalne wybory, jakich widzieliśmy ostatnio dwadzieścia - to będzie bitwa na polach Pelennoru, absolutnie o wszystko, de facto o życie. PiS chce zabić PSL, żeby zająć jego miejsce na wsi i w małych miasteczkach. Drapieżnik czai się do skoku, a ofiara na własne życzenie odbija od gromady, wręcz prosi się tragiczny finał.
   I zupełnie z innej strony, choć nie mniej ważnej, a może społecznie i wyborczo ważniejszej od starych partii: oto Paweł Kasprzak, lider Obywateli RP pragnie jednoczyć reprezentację ruchów społecznych i NGOsów, ale wyklucza jakąkolwiek koalicję z partiami, nawet ich poparcie w regionie x czy y. Czyni to bezwarunkowo, bo partie mu się nie podobają. Nie wiem, czy się nie podobają bardziej jemu czy mnie, licytować się nie będziemy. Wiem za to na na 100%, że jeśli jednolita lista pisowska zderzy się z kilkoma naszymi, to nie będzie już potrzebny Kukiz - PiS samodzielnie zdobędzie większość w dwunastu, trzynastu sejmikach, a te trzy dla nas na pociechę wykończy w krótkich abcugach CBA. Nie żyjemy niestety w odległej galaktyce, tylko tu i teraz. Istniejące partie też się znienacka nie rozpłyną na czyjekolwiek życzenie! Można i trzeba z nimi zdrowo konkurować, jeżeli ma się po temu potencjał, pamiętając wszakże, że PiSowi bez różnicy, kogo morduje - starą III RP czy nowych freedom fighterów. Jeśli będziemy się nawzajem wykluczać z koalicji i z drużyny, PiS już to wygrał. Poparcie dla niego jest potężne i wciąż rośnie aż pod symboliczne 50% - zobaczymy za chwilę, jaki sondażowy efekt przyniosą agenturalna afera w TK i dramatyczny protest rezydentów. PiS - 52? - 55? Platforma -14? Społecznicy i NGOSy zero, bo nie wchodzą do gry? Zdaję sobie sprawę, że część pisowskiego poparcia jest nadmuchana patriotyczno-narodową propagandą, że ludzie chodzą zaczadzeni, że ten efekt czarnoksiężnika przeminie, ale na razie mamy to, co mamy.
   Co do Obywateli RP: zapisali piękną kartę w ciągu ostatnich dwóch lat, stając naprzeciwko pisowskiej potęgi najpierw samotnie, w kilka osób, potem w liczniejszym gronie. Teraz, podobnie jak pozostałe ruchy obywatelskie stoją przed wyzwaniem wzięcia odpowiedzialności za kraj. Jeśli się na to zdecydują, staną do politycznej rozgrywki na równych prawach z opozycyjnymi partiami. Takie są reguły demokratycznej gry - nikogo z niej nie wykluczamy, zresztą to niemożliwe bez metod putinowskich. Gdyby doszło do wielkiej koalicji, wtedy proporcje między partiami a ruchami społecznymi musiałyby być wynegocjowane na podstawie wiarygodnych sondaży lub - co znacznie lepsze - powinny wynosić 50/50. Jeżeli do wielkiej koalicji nie dojdzie, o wszelkich proporcjach w Sejmie i Senacie zadecyduje wyborca.   
   A propos pokory i rozumienia grozy położenia: dopóki nie ma sytuacji otwarcie rewolucyjnej, w której decyduje ulica, często w sposób krwawy i daleki od jakichkolwiek ideałów, liczą się wyłącznie przekonania wyborcy - w Warszawie, ale przede wszystkim w głębokim terenie. Można uważać opozycyjne partie za zło wcielone, ale w tej chwili tylko one są notowane w sondażach, tylko one są społecznie rozpoznawalne w całym kraju. Jak może jakikolwiek strateg odrzucać z założenia 35-40%, które mają razem, ot tak dla czystości idei? Umówmy się na taką zasadę, że najpierw budujemy i weryfikujemy własną siłę, a potem dopiero eliminujemy potencjalnych sojuszników. Kapitał PO, N, PSL, SLD i Razem jest jedynym, jakim jako antyPiS w tej chwili dysponujemy. Być może partie okażą się wyborczym obciążeniem, bo ludzie nie chcą powrotu do czasów Tuska - aby to sprawdzić, trzeba skonstruować potężną obywatelską alternatywę. Jeśli ona rozjedzie tradycyjne partie w sondażach, będziemy wiedzieli, na czym stoimy. Zanim to się stanie albo jeśli się w ogóle nie stanie, proponuję podejście rozsądnej starszej pani.
   Zupełnie odrębną rzeczą jest reformatorska i odnowicielska siła ruchów społecznych i organizacji pozarządowych. To one mają realną szansę wyciągnięcia Polaków z notorycznej wyborczej absencji, wnieść potężny kapitał młodej wiedzy, czystości i entuzjazmu oraz choćby częściowo wyplenić partyjniactwo i logikę partyjnego podziału łupów. Mają realną szansę, ale aby ją urzeczywistnić, muszą się politycznie zorganizować i to w jedną listę. Jeśli będzie ich więcej, pójdą w rozkurz. A jeżeli stworzą silną i wspólną reprezentację, powinny długo przed wyborami rozważyć kwestię zasadniczą: tworzenia bądź nietworzenia wielkiej koalicji z partiami opozycji. W każdej chwili można przecież przeprowadzić symulację podziału mandatów - gdy się okaże, że tylko jednolity front antyPiSu ma jakąkolwiek szansę na zwycięstwo, tylko skrajnie nieodpowiedzialny lider odrzuci taką możliwość. To nie są żarty, naprzeciwko stoi zwarta i karna armia Mordoru.
   I odwieczna prośba do społeczników, naprawdę szlachetnych i naprawdę mogących zmienić kraj nie do poznania: stwórzcie koalicję, pokażcie główną ideę, minimum programowe i pokażcie się światu: to my, koalicja społeczna i oddolna na rzecz demokracji i praw! Dajcie na Bóg miły szansę wyborcom oswoić się z wami, pokłócić, wreszcie poprzeć w statystycznie i politycznie rozpoznawalny sposób. Tak, chodzi tu właśnie o nielubiane przez was sondaże, bo w przeciwnym wypadku jesteście enigmą, bytem potencjalnym i nienarodzonym. Dość już tych apeli, ale ten najważniejszy, kluczowy, wspomniany już wcześniej wisi nad nami jak chmura gradowa - niech nikt z antyPiSu nie popełni grzechu pychy:  - społecznicy i NGOsy nigdy i w żadnym wypadku, bo to polityczni naiwniacy i dzieci we mgle;  - opozycyjne partie nigdy i pod żadnym pozorem, bo ciągną za sobą rachunek krzywd i cwaniactwa III RP - o takim myśleniu należy natychmiast i nieodwołalnie zapomnieć, bo wszyscy solidarnie skończymy w zupie. Wierzę w polityczną magię Zjednoczonej Opozycji, w jej odnowicielską i wyborczą siłę i jestem przekonany, że może wygrać. Wierzę również, że stworzy Konstytuantę, bo czekające nas wyzwania taką mają rangę.
  Co do listy społecznej: jeżeli będzie jedna i szybko powstanie, zdąży przekonać do siebie wyborców, ma wszelkie szansę wyciągnąć ludzi z obywatelskiego letargu, zwiększyć frekwencję nawet o 20% i przesądzić los kraju. Jeśli powstanie za późno, podzieli się wewnętrznie albo zabraknie jej charyzmatycznych liderów, to wtedy w sposób szkodliwy i bezsensowny rozdrobni istniejący potencjał antyPiSu, pełniąc przykrą funkcję pożytecznych idiotów Kaczyńskiego.
Paweł Kocięba-Żabski