czwartek, 21 grudnia 2017

Wisznia Mała, Inowrocław i MIG 29 skryty w zagajniku

   Co łączy śmierć policyjnego antyterrorysty w podwrocławskiej Wiszni Małej z fatalnym w skutkach postrzeleniem wywiadowcy w Inowrocławiu i zaangażowaniem przeszło dwudziestu funkcjonariuszy w przeszukanie mieszkań i baru Franciszka Jagielskiego ze Straży Obywatelskiej oraz wożenie go pod konwojem między Łodzią a Warszawą? Mniej więcej to samo, co trzygodzinne poszukiwania pilota MiGa parę kilometrów od bazy z serią dramatycznych usterek w nowiutkim prezydenckim Herculesie. Czyli skrajnie niekompetentny minister, zajmujący się wyłącznie czystkami, konsekwentnym rugowaniem doświadczonych fachowców i promocją lizusów o dwóch lewych rękach. Praktyczne skutki okazują się identyczne, niezależnie, czy chodzi o resort oszalałego Macierewicza czy pozornie normalnego Błaszczaka. Najprostsze czynności są bezlitośnie partolone, wypadek goni wypadek, resortowe komisje badają zdarzenie po zdarzeniu, by po roku wydać zdawkowo-idiotyczny komunikat. Profesjonaliści uciekają z takiej służby jeden po drugim, nawet jeżeli jakimś cudem przetrwali pisowskie rugi: nie ma w niej dla nich miejsca i z pewnością nie będzie. Wszystko to bezlitośnie obnaża słabiznę autorytarnego układu, a za chwilę autorytarnego państwa. Łopoczące sztandary i patriotyczno-religijna celebra z wierzchu, żałosna partanina, pozoranctwo i symulowanie pracy pod spodem.
   Komendantowi głównemu policji Jarosławowi Szymczykowi coraz częściej dymi się z nosa o dziwnie wydłużonym kształcie, gdy usiłuje oficjalnie kryć rażącą niekompetencję i występki podwładnych. Tak było ze sprawą Stachowiaka, tak też z osławioną akcją na bankomat w Wiszni. Wedle relacji uczestników nie było tam żadnej tarczy, ani ukrytego za nią szyku antyterrorystów. Po prostu bandytę-psychopatę spłoszyła przejeżdżająca karetka, wyskoczył więc z pakamery i natychmiast otworzył ogień do wysiadających bezładnie z wozu funkcjonariuszy. Ich dowódca nie został przez rozpoznanie uprzedzony, z kim ma do czynienia - szli po niego jak po zwykłego rzezimieszka, nie zachowując szczególnej ostrożności. 
   W Inowrocławiu z kolei policjanci uczestniczący w próbie zatrzymania recydywisty ostrzelali się nawzajem. Jeden z nich, z policyjną kulą w głowie, został skazany na trwałe inwalidztwo. Według zgodnej relacji świadków przestępca uciekał do samochodu i nie zdołał wystrzelić ani razu. Charakterystyczne jest to, że na oficjalnych konferencjach prasowych nie dowiemy się śladu prawdy: komendant Szymczyk i jego podwładni uciekają oczami, błądzą wręcz nimi po ścianach - słowem ich mowa ciała nie pozostawia złudzeń co do prawdziwości przedstawianych wersji. Przykry to widok, gdy szef policji zmuszany jest do oczywistych kłamstw. Jego autorytet wśród podwładnych leci natychmiast na łeb, o odzyskiwanym uprzednio latami zaufaniu społeczeństwa nie wspominając. Sytuacja kadry dowódczej w wojsku, służbach i policji jest łudząco podobna: czystki objęły ponad 80 procent dowódców i komendantów, w policji miotła zadziałała do szczebla komend powiatowych i wszystkich biur specjalistycznych. Nie ma już prawie w służbie fachowców, którzy rozbili Pruszków i Wołomin i zęby zjedli na likwidowaniu zorganizowanej przestępczości lat 90-tych. Nie przekażą bezcennego doświadczenia młodszym. Szkoda tym bardziej niepowetowana, że starzy mafiosi właśnie wychodzą seryjnie na wolność.
   Minister Błaszczak ubezwłasnowolnił właśnie komendantów wszystkich poddanych sobie służb. Powołuje ministerialne biuro kontroli wewnętrznej (właściwe biura służb zostaną mu podporządkowane), działające ponad głowami komendantów, swoiste oczy i uszy ministra, całkowicie poza normalną podległością służbową. Autorytet komendantów spadnie jeszcze niżej, wszyscy będą donosili na wszystkich, za to fachowcy oraz samodzielni i charakterni śledczy uciekną od tej atmosfery jak najdalej. Do tej pory przestępcy mieli używanie w miesięcznice smoleńskie, teraz będzie raj przez cały rok.
Paweł Kocięba-Żabski    

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Wyborcze fałszerstwa z bolszewicką prostotą!

   W świetle najnowszych zmian w kodeksie wyborczym będzie wyglądało to następująco: w przyszłoroczną listopadową niedzielę obwodowa komisja wyborcza wraz z mężami zaufania będzie bacznie obserwować, jak obywatele oddają głosy do przezroczystej - a jakże - urny. Dodatkowo wszystko nagrają kamery. W nocy, już na zapleczu, poza zasięgiem kamer, tajemniczy don Pedro poprawi, co trzeba. Rankiem druga komisja, rześka i wypoczęta, przystąpi raźno do liczenia głosów. Może będzie nieco zdziwiona sporą ilością skreśleń i poprawek, ale przecież będą one w pełni legalne i dopuszczalne w obliczu znowelizowanych przepisów. Gdyby coś nie zagrało, problem przesunie się płynnie w kierunku mianowanych przez Błaszczaka komisarzy - już niekoniecznie sędziów, a zapewne wszystkich z wyjątkiem sędziów. Komisarze wykonają, co im polecono, a wtedy nowo powołana izba Sądu Najwyższego uzna ważność wyborów - jeśli ich wynik usatysfakcjonuje naczelnika, względnie nie uzna w wypadku przeciwnym. Ciąg technologiczny rysuje się jak malowanie, wcale nie gorszy i niemniej zgrabny od tego policyjno-prokuratorsko-sądowo-medialnego.
   Kluczowa wydaje się tutaj przyjacielska relacja z dzieciństwa Kaczyński - Hermeliński, a więc naczelnika z mianowanym przez Dudę szefem Państwowej Komisji Wyborczej, w przeszłości zresztą działaczem PC. Niedawny bunt Hermelińskiego otworzył Kaczyńskiemu oczy: subtelne operacje w postaci manipulowania przez komisarzy okręgami (osławiony gerrymandering), ich odpowiednie zmniejszanie (na zachodzie) i powiększanie (na wschodzie) zakończyłyby się kolejną kompromitacją PKW, a w tym przypadku i rządu. Nie ma już czasu na podobną operację, jeżeli miałaby być porządnie przeprowadzona, wraz z wdrożeniem - i solidnym przetestowaniem - nowego oprogramowania. Naczelnik uwierzył więc na słowo przyjacielowi z dzieciństwa i wyciągnął z całej sytuacji do bólu praktyczne wnioski. Zamiast podejmować ambitną próbę manipulacji systemowej i technologicznie zaawansowanej, poprzestał na mechanizmie najprostszym i starym jak świat. Obsłuży go znakomicie Błaszczak wraz z armią aktywistów Ruchu Kontroli Wyborów, a jeśli do tych zabraknie pełnego zaufania - naczelnik jest chorobliwie podejrzliwy - znajdą się z pewnością właściwe osoby, najchętniej ze służbową legitymacją. Nie o taki efekt chodziło szlachetnemu skądinąd przewodniczącemu PKW, ale człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi.
   Minister spraw wewnętrznych zgłasza kandydatów na wyborczych komisarzy, PKW może ich powołać, bądź nie. W tym drugim przypadku minister powoła ich sam. Proste i bezpruderyjne, z godnym uwagi naciskiem na bolszewicką klarowność i prostotę rozwiązań. Poważna partia musi mieć zaufanie do sposobu ustalania wyniku wyborów, musi on być najprostszy z możliwych, nie przemędrkowany, bo ktoś się pogubi albo zawiedzie system. Kaczyński nie ma zbyt przesadnego wyobrażenia o zdolnościach swoich współpracowników i podległego im aparatu.
Jak się przed tą zabójczą prostotą obronić? Nad tym zagadnieniem usiąść powinien na dłużej sztab speców po stronie demokratycznej, ale parę uwag ciśnie się samych na ustach. Urna w nocy nie może zostać sama, mężowie zaufania powinni spać z nią w objęciach. Niewątpliwym ratunkiem jest jak najwyższa frekwencja, w końcu skala fałszerstwa na poziomie podstawowym nie będzie raczej masowa. Warto napisać na karcie, na kogo się zagłosowało - dopiski nie powodują teraz nieważności - warto też przedziurawić pozostałe kratki. Wszystkie te sposoby starej ciotki traktować jednak należy z dużym dystansem: fałszerstwo może bowiem przenieść się na szczebel okręgowy czy nawet centralny, jeśli komisarze znajda się poza społeczną kontrolą.
   PiS nieprzypadkowo krzyczał wniebogłosy o domniemanych nadużyciach w roku 2014 i donosił do nich uprzejmie w Brukseli. Była to klasyczna projekcja psychologiczna: wynik okazał się zły, PSL dostał na oko za dużo - aha, wszystko jasne, ludowcy zrobili dokładnie to, co my byśmy zrobili na ich miejscu. Kaczyński  wierzy swoim wyborcom w stopniu nader ograniczonym i ma świętą rację. Strzeżonego Pan Bóg strzeże!  
Paweł Kocięba-Żabski
Więcej na obywatelerp.org

sobota, 16 grudnia 2017

Kiedy zostaniemy bez lekarzy? Już jutro, czy może dopiero pojutrze?

   Na dzień dobry i dobre przywitanie zderzy się premier Mateusz z głęboką patologią, jaka od lat trawi polską służbę zdrowia, a pod Radziwiłłem znacząco przyspieszyła. Patologia sprowadza się do bezwzględnego wyzysku personelu, wyzysku w części pańszczyźnianego - z tradycyjnym niewolniczym przywiązaniem do ziemi - a w części już bardziej nowoczesnego, kojarzącego się ze stosunkami pracy w bangladeskiej manufakturze. Pierwsza dotyczy lekarzy rezydentów, druga wszystkich pozostałych, ze szczególnym uwzględnieniem polskich pielęgniarek, choć względny dobrobyt lekarzy wynika wyłącznie z tego, że tydzień pracy dyrekcje wydłużają im do 60 godzin i lepiej. Przy podobnym kieracie statystyczny delikwent nie ma nawet siły, czasu i ochoty, żeby tych parę tysięcy wydawać. Być może skorzysta na tym rodzina, na pewno nie kochanka czy kochanek, bo w miesięcznym grafiku zabraknie dla nich wolnej godzinki. Dominują lekarze i pielęgniarki przed emeryturą, a właśnie młodzi najpoważniej rozważają decyzje wyjazdowe.
   Z lekarzami-rezydentami sprawa jest jasna: ministerstwo przypisuje ich do szpitali i oddziałów z rozdzielnika, fundusz pracy płaci im głodowe wynagrodzenia, a dyrekcje orzą nimi aż fruwa, bo są przecież na musiku i nie podskoczą. Dorabiają pełnopłatnymi dyżurami po godzinach, co zrównuje ich położenie z kotami w komunistycznej armii, gdy królowała w niej fala, względnie z chłopami z kongresówki sprzed uwłaszczenia i zniesienia pańszczyzny. Po protestach rezydentów Radziwiłł podniósł im trochę wynagrodzenia, co natychmiast wkurzyło lekarzy po specjalizacji. To klasyczny system naczyń połączonych - jeśli odrobinę poprawi się los jednej grupy wyzyskiwanych i eksploatowanych, natychmiast odzywa się druga. - To jak, rezydenci dostaną 2,5 na rękę za 40 godzin, a my - często z drugim stopniem specjalizacji i doktoratem mamy zasuwać po 50 godzin i więcej? O niedoczekanie! I tak, szpital po szpitalu, po szpitalu szpital, specjaliści zaczęli masowo wypowiadać osławione umowy opt-out, czyli klauzule pracy niewolniczej powyżej 48 godzin tygodniowo.
   I co się stało? Momentalnie okazało się, że intensywne terapie nie mają pełnego obłożenia, a na kardiologii trzeba odkładać połowę planowych operacji. System rozsypał się jak domek z kart, a o jego tak zwanym bezpieczeństwie możemy w ogóle zapomnieć. Król jest nagi, koniec udawania, że specjalistami na trzech etatach można normalnie i na przyzwoitym poziomie obsłużyć chorych. Bo rzeczywiście nie można, a umowy opt-out nie tylko w sposób skandaliczny łamią cywilizowane prawo pracy, ale przede wszystkim ściągają śmiertelne zagrożenie dla chorych. Ośmiu doktorów przed pięćdziesiątką zmarło w ciągu tego roku podczas wykonywania obowiązków; nikt z nas nie chciałby poznać jakości i precyzji ich pracy tuż przed zapaścią - to samo dotyczy znakomitej większości ich podpierających się nosem kolegów.
   W państwie PiS pieniądze znajdują się na podwyżki i zabawki niezliczonych służb, w których obłożenie pracą jest śmiesznie małe, jeśli ich codzienne zajęcie można w ogóle nazwać pracą. To samo obejmuje aparat propagandy, strzelnice w każdym powiecie (czemu nie bloku?), IPN, prokuratorów i funkcjonariuszy sądów dyscyplinarnych. Nie wspominam już o bogatym rozdawnictwie socjalnym, bo przecież twarde 45% poparcia dla rządzących nie wzięło się z powietrza. W mentalności i szczwanych rachubach prezesa służba zdrowia kompletnie nie mieści się w interesującej go części politycznego kombajnu; robi za niechcianą sierotę, outsidera i taka jest też w rządzie pozycja ministra Radziwiłła. Nic chłop nie może, a frustracji daje wyraz poprzez ostentacyjne występowanie z Izby Lekarskiej - tak jakby tam sobie znalazł bezpiecznego dla siebie przeciwnika.
   Morawiecki jest o niebo bystrzejszy od Szydło, pytanie zasadnicze dotyczy jednak twardości jego charakteru i politycznej siły. Doskonale zna Zachód i wie, że bez przynajmniej 6% PKB na ochronę zdrowia - teraz, nie za osiem czy dziesięć lat - i sprawnego systemu, szpitalna maszyneria się kompletnie rozsypie. Dlaczego akurat teraz? Mamy w Polsce 120 tysięcy lekarzy, przynajmniej na połowę z nich czekają z otwartymi ramionami dyrektorzy placówek w Niemczech, Szwecji, Norwegii - zresztą tak naprawdę wszędzie. I lekarzowi, i w jeszcze większym stopniu pielęgniarce gwarantują z marszu pięciokrotnie wyższą płacę (za 40, nie za 60 godzin!), mieszkanie i pomoc w szybkim znalezieniu pracy dla życiowego partnera. Po prostu staliśmy się pełnoprawnym członkiem Unii. Przez ostatnich 10 lat wyjechało 12 tysięcy, a więc 10 procent. W tej chwili już tak nie będzie. Jeśli Morawiecki nie przestawi finansowej wajchy, nie wykona szybkich ruchów i nie przekona do nich błyskawicznie naczelnika, nie będzie czego zbierać. Wyjedzie trzydzieści, czterdzieści tysięcy, bo taki jest w tym momencie stan psychiczny i moralny środowiska. Premierze z Wrocławia - do roboty, każda chwila jest cenna!
Paweł Kocięba-Żabski

czwartek, 14 grudnia 2017

Dlaczego to musiał być Morawiecki?

   Tak naprawdę z przyczyny najpewniejszej z możliwych, bo kompletnego braku wyboru. Skoro naczelnik starannie - tak jak wcześniej Tusk ze Schetyną - wyczyścił partię ze wszelkich osób myślących samodzielnie i kreatywnych (Dorn, Ujazdowski, Kowal et consortes), to stanął wreszcie wobec diabelskiej alternatywy: albo on osobiście, w kieracie premierowskich obowiązków od rana do późnego wieczora - w wielkiej części reprezentacyjnych i protokolarnych - albo młody Morawiecki. Z całą pewnością nie była to łatwa decyzja. Aparat i twardy elektorat PiSu nigdy szczerze i do końca nie zaakceptuje bankstera zatrudnionego przez międzynarodowy kapitał, który zarobił 20 milionów wciskając ludziom frankowe kredyty, gdy oni - pisowscy bohaterowie - walczyli o solidarną i prawdziwą Polskę. Teraz oddawać konfitury obcemu - o niedoczekanie wasze! Szydło z broszką i z Brzeszcz to była krew z krwi i kość z kości ich najprawdziwsza przedstawicielska. Ten elegancik jest całkowicie obcy i jako wieloletni doradca Tuska obcym pozostanie.
   Naczelnik borykał się też - zobaczmy, przecież trwała ta walka z własnymi myślami dwa miesiące z okładem - z własną wrodzoną paranoją i podejrzliwością. Przecież ten elegancik o krzywym pseudo-uśmiechu to nieodrodne dziecko Kornela, dziecko Solidarności Walczącej, która już po transformacji wyhodowała (nie było w tym grama przypadku) dwóch prezesów wielkich banków: Jagiełłę z PKO BP i samego Morawieckiego z WBK BZ, później wykupionego przez Santandera. Kaczyński powinien osobiście przestudiować proces bezwzględnego i podstępnego rugowania przez Morawieckiego Jacka Ksenia, poprzedniego prezesa i  twórcy potęgi WBK. Dodatkowo warto precyzyjnie przeanalizować stopień opanowania przez ludzi Solidarność Walczącej KGHM i jej bogatych spółek zależnych w każdej chwili, która otwierała po temu możliwość. To bardzo ciekawy casus!
Jeśli jednak naczelnik przestudiował ten problem i się nie boi, bądź nie wyciągnął z tego prawidłowych wniosków, zapłaci za to szybciej niż myśli. Morawiecki jest zimny, wyrachowany i przebiegły. Nadto, co najważniejsze i kluczowe, z pewnością nie widzi w Kaczyńskim żadnego autorytetu. Gdy jego jego ojciec się ukrywał, a ubecy wywozili nastoletniego Mateusza do lasu, każąc mu kopać sobie grób i strasząc załadowanym naganem, naczelnik siedział wygodnie na Żoliborzu i popijał herbatkę, podpieszczając kota. - Trzynastego grudnia spałeś do południa - ta fraza zabija możliwość autentycznego szacunku kogokolwiek  z SW do Jarosława. Dewotki i aparat rekrutowany z frustratów początków transformacji będą go kochać bezwarunkowo, traktować jak mistrza i wodza. SW nigdy i pod żadnym pozorem.
   Kaczyński brzydził się Szydło, jej prowincjonalizmem i bezdenną głupotą. Nieustająco dawał temu wyraz w rozmowach z zausznikami, ciężko to przeżywał i głęboko życzył sobie jakościowej zmiany przywództwa. Ponieważ nie znosił jakiegokolwiek sprzeciwu, nikt własny i zaufany mu nie pozostał. Wymiana na kolejną miernotę nie wchodziła w grę. Dlatego po bólach i rozterkach wybrał, jak wybrał. Teraz za to zapłaci, a opozycja powinna wychwalać Mateusza pod niebiosa i demonstracyjnie pokazywać, że to jest swój chłop z liberalnej paczki, wychowanek i pieszczoch żydowskiego kapitału, który już niebawem - w zgodzie z doktryną niezadłużania się - podniesie znacząco podatki. Tak jak uczyniłby na jego miejscu każdy inny zdrowo myślący bankier.
Za ryzykowną decyzją Kaczyńskiego stać może również głębsza refleksja o utrwaleniu władzy PiSu poprzez zbudowanie finansowego zaplecza z prawdziwego zdarzenia. Antyelitarni i ludowi w gębie chcą oni zbudować potężny układ oligarchiczno-klientelistyczny na wzór Moskwy, Budapesztu i Ankary. Żadną miarą nie mogła go zbudować przaśna i prymitywna Szydło. W końcu jeśli korumpować politycznie i przeciągać na stronę nowej władzy elity biznesowo-finansowe, to trzeba mieć zawodnika, który będzie dla nich wiarygodny i będzie mówił tym samym językiem. Ta misja nowego premiera wydaje się znacznie ważniejsza i bardziej długofalowa niż łagodzenie konfliktu z Brukselą. Eurokracja straciła już jakiekolwiek złudzenia wobec PiSu i żaden władający przyzwoicie angielszczyzną figurant jej nie oszuka. Nawet jeśli obieca tak horrendalne ustępstwo, jak respektowanie wyroków Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Puszczy Białowieskiej. 
Naczelnik Kaczyński uczynił ten krok w sporej części z nudów. Jego natura nie znosi politycznego bajora, potrzebuje konfliktu i nowych wyzwań. Trzymam kciuki za premiera Mateusza, żeby ich prezesowi dostarczył w pełnej rozciągłości.
Paweł Kocięba-Żabski    

sobota, 9 grudnia 2017

Kaczyński przewiezie się boleśnie na młodym Morawieckim

   Przeprowadzając rekonstrukcję w stylu kolumbijskiej telenoweli i dotkliwie upokarzając Beatę ukochaną przez twardy pisowski elektorat i doły partyjne, Kaczyński pokazał, że czuje się już całkowicie pewnie w roli dyspozytora mocy. Wzmacnia to przekonanie wybór premiera: Morawiecki nic nie ma wspólnego z pisowską średnią, wywodzi się z całkiem innego zakonu - "Solidarności Walczącej" - i na dłuższą metę okaże się niesterowalny - bardziej będzie liczył się z rodzonym ojcem niż z chrzestnym, pomimo pracowitego stwarzania pozorów. Partia sfrustrowana i rozczarowana, nominat niepewny i niesprawdzony w żadnej poważnej próbie, zdołowana frakcja tapirów (Kempa, Witek i koleżanki), mocno podrażnieni w rozbuchanych ambicjach Ziobro, Kamiński i Macierewicz - wszystko to pokazuje ogromną determinację naczelnika i ilustruje jego zamiłowanie do politycznego hazardu. Morawiecki bardzo łatwo może wejść w ścisły sojusz z prezydentem i wtedy operacja odwołania go nic nie będzie miała wspólnego z protekcjonalnym potraktowaniem Szydło. Może trafić kosa na kamień. Może też się bardzo na nim wyszczerbić.
   Komentatorzy zwracają uwagę na banksterską, liberalną i elitarną stronę nowego premiera: słusznie, to bez wątpienia drażni i poniża partyjnych "normalsów" z Nowogrodzkiej, nie mówiąc już o ludzie smoleńskim czy klubach Gazety Polskiej. Swoją wściekłość dobitnie i bezpośrednio zdążył już wyrazić Piotr Duda w imieniu "Solidarności", To jednak typowe dla naczelnika: stawia na człowieka kompletnie pozbawionego zaplecza, który w pierwszej fazie będzie wisiał wyłącznie na poparciu Nowogrodzkiej. Paradoksalnie już Szydło była znacznie silniej umocowana w partii i elektoracie. Jednak to w sporej części tylko złudzenie, za które Kaczyński może jeszcze bardzo słono zapłacić. To nieistotne, że młody Morawiecki ma poglądy znacznie bardziej liberalne od pisowskiej średniej, okulary i piękne skrojone garniturki - istotne jest to, z jakiego środowiska ideowego się wywodzi i wobec kogo odczuwa prawdziwą lojalność. Miał piętnaście lat, gdy ubecy wywozili go do lasu, chcąc złamać ukrywającego się ojca. Kaczyński, który 13 grudnia spał do południa, nigdy nie będzie dla niego autentycznym autorytetem, jakim jest dla swoich wyznawców. To zupełnie inna szkoła i inna liga. Zarówno Mateusz Morawiecki, jaki i wieloletni prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło to najmłodsze dzieci SW, które polityczny radykalizm i wizjonerstwo Kornela przekuły w konsekwentną do bólu menedżerską karierę. Nie znaczy to jednak, że zapomnieli o swoich korzeniach.
   W sensie psychologicznym naczelnik działa na swoje stadko jak szaman. Na premiera wybrał jedyną osobę w swoim otoczeniu, która na jego szamańskie sztuczki jest całkowicie odporna. Nie jestem przekonany, czy w pełni świadomie. Mógł zachłysnąć się powodzeniem ostatnich dwóch lat i głęboką słabością opozycji. Musi go setnie bawić źle skrywana wściekłość Ziobry czy Macierewicza, ale to igranie z ogniem: Morawiecki to klasyczny długodystansowiec, który się okopie, przetrzyma kryzysy, dogada strategicznie z prezydentem, wreszcie obsadzi swoimi wszystkie naprawdę strategiczne pozycje. Z najwyższą przyjemnością obejrzę próbę jego aksamitnego odwołania; oj połamie sobie na nim zęby nasz żoliborski domowy demiurg, który przywykł do słabości i ślepego posłuszeństwa.
Motywacje Kaczyńskiego zawsze pozostają w głębokim cieniu, ale trzy czynniki wydają się decydujące: głęboki niesmak co do intelektualnych kwalifikacji Szydło, potrzeba załagodzenia konfliktu z Brukselą i polityczna izolacja Mateusza. Naczelnik jednak nie wie, w co wdepnął - jego własne polityczne szaleństwo, tak atrakcyjne i seksowne dla akolitów, to pikuś  przy szaleństwie Kornela Morawieckiego. Ten dopiero myśli - zawsze tak było - całkowicie odrębnie. Przekonanie wodza, że to starszy, nieszkodliwy pan po przejściach wydaje się w stu procentach racjonalne, ale nie o racjonalność tu chodzi. Mateusz nie po to zostawiał prezesurę polskiego Santandera, aby się komukolwiek kornie podporządkować. Zrobił to, bo wziął w nim górę gen ojca i jego organizacji.
Paweł Kocięba-Żabski

czwartek, 7 grudnia 2017

Czy III RP umrze w ciszy?

   Kaczyński bawi się z nami w kotka i myszkę - dobrze by było zetrzeć mu z twarzy ten przebiegły uśmieszek i pokazać pod sejmem własną siłę i determinację. Prezydent Duda przestał cokolwiek udawać, ociupinę poprawił swoją pozycję we własnym obozie i najwyraźniej jest z tego powodu aż nadto szczęśliwy. Żadne kolejne upokorzenia tego nie zmienią, choć kształt jego ustaw po wetach do złudzenia przypomina ten sprzed wet. Pogodził się z tym bez większego problemu i czerpie teraz chorą satysfakcję z publicznego poniżenia premier Szydło: teraz to ona ma najgorzej, traktowana jest jak piąte koło u wozu i właśnie osuwa się w niebyt. Duda patrzy na to z bliska i odbiera tę samą lekcję, co każdy nominat naczelnika - jesteś nikim, nic od ciebie nie zależy, zrobię z tobą, co zechcę. Przedłużająca się rekonstrukcyjna szopka taki właśnie ma charakter: pedagogicznej psychodramy, w której każdy wytarzany i przeczołgany przez Kaczyńskiego zrozumieć ma, gdzie jest jego miejsce w szeregu i posłużyć jako żywy przykład dla pozostałych. Nie ma najmniejszego znaczenia to, że rząd dużego europejskiego państwa jest konsekwentnie destabilizowany i zawisa w politycznej próżni. Lekcja musi zostać odrobiona do końca. Przy okazji spora część mediów i opinii publicznej tym się właśnie zajmuje, a nie dorzynaniem wolnych sądów. Pięćdziesiąty piąty przeciek z Nowogrodzkiej bardziej bywa zajmujący niż kolejny blitzkrieg prokuratora Piotrowicza, przewidywalny w końcu i schematyczny do bólu.
W tej chwili polityczny sens mają wyłącznie działania nadzwyczajne, o charakterze ogólnonarodowym, które nie pozwolą naszej demokracji umrzeć w ciszy. Po uchwaleniu ustaw sądowych i nowego kodeksu wyborczego posłowie opozycji mogą darować sobie mozolną dłubaninę w komisjach i rytuały sali plenarnej - ten parlament straci bowiem ostatecznie demokratyczny mandat. Traci całkowicie mandat izba, która uchwala antykontytucyjne ustawy, to proste jak budowa cepa. Trudno powiedzieć, czym się w tym momencie staje: zorganizowaną grupą przestępczą czy też stadem baranów. Posłowie opozycji powinni w tej sytuacji organizować obywatelski opór społeczny i mu przewodzić, tak, żeby nie zdradzić swoich wyborców i ich zaufania. W dłuższej perspektywie skupić się zaś wyłącznie na budowaniu jak najszerszego obozu demokratycznego, który skutecznie odsunie zamachowców od władzy. 
Wszelkie udawanie, że nic takiego się nie stało, powrót po świętach i Nowym Roku do normalnej parlamentarnej krzątaniny, to potulne wykonywanie scenariusza Kaczyńskiego. On pragnie banalizować zło, przyzwyczajać ludzi do niego łyżeczka po łyżeczce, usypiać czujność i ośmieszać bijących na trwogę. Nie jest w tej roli pierwszy, nie jest też oryginalny. W latach trzydziestych miał mistrzów znacznie lepszych od siebie - sęk w tym, że nikt się nie spodziewał powrotu tamtego horroru tak szybko, a już na pewno nie w Unii Europejskiej i przy znakomitej koniunkturze gospodarczej. Musimy się otrząsnąć z tej mieszaniny niedowierzania - sen to czy jawa? - i głębokiego paraliżu. Tak, naczelnik buduje w Polsce państwo autorytarne, czyni to nawet szybciej i sprawniej niż jego faszystowscy poprzednicy. To, jakiej siły i jakiej skali przemocy użyje wobec niezadowolonych, zależy wyłącznie od niego. Może okazać się surowy, może - jeśli pacyfikacja dokona się sama - ostentacyjnie dobrotliwy.
Polacy zawsze byli krnąbrni, trudni w prowadzeniu twardą ręką i buntowniczy. Zobaczymy, jak będzie tym razem, gdy za pysk nie chwyta nas Ruski czy Niemiec, tylko rodzimy narodowy katolik.
Paweł Kocięba-Żabski

wtorek, 5 grudnia 2017

Posłowie opozycji - czas wreszcie ruszyć głową!

   Państwo opozycyjni parlamentarzyści, ruszcie wreszcie głową! Rytualne gesty sprzeciwu wykonywane setny już raz wobec przewodniczącego Piotrowicza na komisji sprawiedliwości, czy pisowskich marszałków na sali plenarnej, to zdecydowanie za mało. To jedynie teatr marionetek na rozpisane z góry role, w którym Kaczyński robi za scenarzystę. Skoro ani jedna poprawka opozycji nie została nigdy przyjęta, a wypowiedzi jej posłów są bez litości ograniczane, trzeba znaleźć inną formułę opozycyjności - kreatywną i ofensywną, która zaskoczy rządzącą partię i przyprawi ją o prawdziwy ból głowy. Inteligentnie i odważnie użyty immunitet to potężna broń: byle nie na polu przeciwnika, nie zawsze w miejscu i czasie przez niego wybranym. Robili to z powodzeniem posłowie komunistyczni i socjalistyczni przed wojną, własnym ciałem zasłaniając demonstrantów przed policyjną pałką; nasi też się muszą nauczyć sztuki bycia przede wszystkim z ludźmi, z własnymi wyborcami, a dopiero potem na komisjach, na których i tak zostaną bezlitośnie przegłosowani.
   Wielu z nas odczuwa narastający żal i pretensję do policji wykorzystywanej przeciwko manifestantom - nasz gniew skupia się na konkretnych funkcjonariuszach, ślepo wykonujących polecenia zwierzchności. Jasne jest jednak, że odmowa wykonania rozkazu przez policjanta oznacza prawdziwy heroizm i pewny koniec służby - parlamentarzyści mają w tej mierze nieporównanie większe możliwości i nieporównanie większą odpowiedzialność. Wykorzystując swój mandat, immunitet i naturalny autorytet powinni być wszędzie tam, gdzie obywatele stają w obronie demokracji i praworządności, być zawsze w pierwszym szeregu, demonstrować solidarność i budować opozycyjną wspólnotę tam, gdzie jej najbardziej potrzeba. Jeżeli po jednej stronie barykady pojawia się państwowa przecież policja i tajne służby, po drugiej nasze państwo, ciągle jeszcze demokratyczne, powinni reprezentować posłowie i senatorowie z legitymacjami w ręku i nad głową.  Z całą pewnością gorliwość funkcjonariuszy spadnie przynajmniej o połowę, a demonstranci nie będą czuli się osamotnieni w konfrontacji z aparatem państwowej przemocy.
   Trzeba ustalić prostą zasadę: poseł jest zawsze tam, gdzie jego najodważniejsi i najbardziej zaangażowani wyborcy. Tak powinien rozumieć swoją lojalność i obowiązki przedkładając je nad mechaniczne wykonywanie mandatu pod pisowską batutą. Skoro PiS od pierwszej chwili zrzucił maskę i konsekwentnie do bólu łamie prawa parlamentarnej opozycji, czas przestać przejmować się sejmowym konwenansem. Trudno, posypią się kary, ale gra idzie o wszystko! W przyszłej kadencji może już nie być dwustu opozycyjnych posłów, dysponujących realną siłą przy wspólnym działaniu. Grudniowa okupacja mównicy, a potem sali plenarnej była aktem desperacji, sprowokowanym przez Kuchcińskiego - teraz, gdy mordowane są sądy, czas na akcje podobne, ale przemyślane i solidnie przygotowane. Nie ma najmniejszego sensu potulne wykonywanie mandatu do końca kadencji w momencie, w którym antykonstytucyjny zamach stanu staje się faktem na naszych oczach.
   Nie ma też większego sensu podsuwać posłom gotowych recept na mocne polityczne i symboliczne zachowania; w końcu nie przypadkiem zostali wybrani i mają łeb na karku. Rzecz idzie o sposób myślenia: pracowita i żmudna robota w komisjach, która zawsze stanowiła firmowy znak jakości dobrego parlamentarzysty, wobec pisowskiej autorytarnej maszynki traci nieubłaganie sens. Trzeba odnaleźć nowy sens swojego mandatu, właściwy dla obecnego wyzwania i potrzeb.
   Efektywne politycznie zachowania symboliczne w sejmie to jedno, a maksymalne zaangażowanie we własnym okręgu to drugie. Poseł czy senator powinien być ojcem i matką wspólnej antypisowskiej listy w wyborach samorządowych, z pełną świadomością, że buduje ją również na wybory parlamentarne. Trudno, potrącą mu z diety za nieobecność na komisji, za to skutecznie przyłoży rękę do odsunięcia PiSu od władzy. Oni mają w garści aparat państwa, spółki, za chwilę aparat wyborczy i sądy - my mamy przede wszystkim partie i ruchy społeczne, które współprowadzić powinni również doświadczeni i wyrobieni parlamentarzyści. Z tego będą za chwilę rozliczani, nie z prymusowskich zachowań w opanowanym przez przeciwnika parlamencie.
Warto więc skończyć apelem: obudźcie się! Do końca kadencji zostały dwa lata, wykorzystajcie je do prawdziwej polityki i pracy dla kraju na każdym sensownym polu. Nie grajcie pisowskiego scenariusza w sejmie, w którym żadna wasza poprawka nigdy nie będzie przyjęta. Przejmijcie wreszcie polityczną inicjatywę i pokażcie lwi pazur! 
Paweł Kocięba-Żabski