czwartek, 6 grudnia 2018

Schetyna lubi pożerać, ale tu trzeba z finezją budować

   Dlaczego SLD i PSL poszły do wyborów samorządowych osobno, co kosztowało nas kilka ważnych sejmików? Ano dlatego, że obawiały się rozmycia własnej tożsamości i powolnego przejęcia struktur i działaczy przez silniejszego partnera. W tej sytuacji relacja silnej PO z sypiącą się Nowoczesną powinna być demonstracyjnym pokazem partnerstwa, z uszanowaniem potrzeb i specyfiki strony słabszej. To, co stało się w środę jest takiej mądrej i długofalowej polityki jaskrawym zaprzeczeniem - co gorsza aktem całkowicie niepotrzebnym, bo wspólny klub i tak by powstał nieco później, w elegancki i podmiotowy sposób. Oczyma duszy widzimy już, jak Czarzasty i Kosiniak-Kamysz patrząc na brutalne dorzynanie Nowoczesnej gratulują sobie wcześniejszej przezorności i zachowania dystansu. Rzecz to fatalna dla idei wielkiej koalicji obejmującej wszystkie siły antypisowskie.
   To niejedyna strata, za którą przyjdzie zapłacić Platformie słony rachunek. Formuła podmiotowej i partnerskiej koalicji jest wyborczo najzwyczajniej w świecie bardziej atrakcyjna, szczególnie dla tych, którzy zarzekali się, że na PO już nigdy więcej - a tych przede wszystkim grupowała Nowoczesna. W tej chwili ci wyborcy widzą gołym okiem, że ich formacja została brutalnie rozjechana. Po raz kolejny będziemy wymagali od nich poświęcenia własnych przekonań dla ogólnej formuły antyPiSu. Zwyczajnie nie wiemy, co zrobią i nie wie tego też przewodniczący Schetyna. Idzie tu jednak o rzecz znacznie większą: o pancerne przekonanie własnego elektoratu, że my się jednak od przeciwnika radykalnie i jednoznacznie różnimy. Oni lubują się w politycznej korupcji i wrogich przejęciach, my nie czynimy tego w żadnym wypadku. Jest bardzo charakterystyczne, że katalizatorem przejścia ośmiu posłów stała się zdrada śląskiego radnego Kałuży. Tak jakby Schetyna poczuł się dramatycznie ograny (Kałużę rekomendowała N) i musiał ostro odreagować. Nie na PiSie niestety, jeno na własnym koalicjancie.
   Pozostaje jeszcze kwestia relacji między liderami, przede wszystkim długofalowego budowania zaufania. Idzie tu o relację Gasiuk-Pihowicz/Lubnauer, ale przede wszystkim o relację Schetyny z tą ostatnią. Ona jest bowiem kluczowa i ją szczególnie uważnie obserwują potencjalni koalicjanci z SLD, PSL i mniejszych ugrupowań. Jeżeli przewodniczący PO i N objeżdżają wspólnie cały kraj, nieustannie pokazują się razem i wchodzą w demonstracyjną wręcz zażyłość, to co oznacza obecna sytuacja? Wszystko było grą pozorów i mydleniem oczu słabszemu partnerowi, a prawdziwa polityka polega na użyciu brutalnej siły i do nie jedynie się sprowadza. Jak się ma czuć w tym kontekście Barbara Nowacka, która chętnie pozowała do "trójkątnych" zdjęć obu pań z samcem alfa, a której ugrupowanie jest znacznie słabsze od Nowoczesnej? Cała konstrukcja koalicji zaczyna się chwiać w posadach i bardzo łatwo stracić może moralny mandat. Wszyscy pamiętamy przecież relacje skorpiona łączące Kaczyńskiego z jego przystawkami i straszny los Andrzeja Leppera. Takie skojarzenia mogą się okazać zabójcze dla świeżego  jeszcze projektu.
   Co do samej Katarzyny Lunauer: boleśnie i w okrutny sposób uderzyła ją własna przeszłość. Gdy wspólnie z Kamilą Gasiuk-Pihowicz pozbawiały władzy Petru, oczywiste było, że dzieje się to za poważne korzyści dla Kamili - funkcję szefa klubu i znaczne wzmocnienie pozycji w partii. Petru o ich porozumieniu zawartym w ostatniej chwili dowiedział się ostatni. Trudno uciec od oczywistej analogii: znowu korzyści dla Kamili i przy zamianie ról teraz to Lubnauer dowiaduje się o intrydze ostatnia. Ostra gra mści się na końcu bezlitośnie.
Paweł Kocięba-Żabski

czwartek, 15 listopada 2018

Dolny Śląsk: trzy wielkie grzechy Schetyny i jeden Dutkiewicza


Grzech pierwszy - pierworodny

Dolnośląski sejmik jest jedynym, w którym PiS uzyskał zdolność koalicyjną i jedynym na ścianie zachodniej, w którym od wczoraj współrządzi. Jest to macierzysty sejmik Grzegorza Schetyny i ta bolesna porażka bezpośrednio go obciąża. Na sześciu bowiem radnych Bezpartyjnych Samorządowców czterej to byli członkowie Platformy, którzy w różnym czasie się z nią pożegnali po konfliktach ze Schetyną i jego dolnośląskim otoczeniem. Konflikty te w każdym przypadku miały identyczne tło: kto nie jest wiernym i absolutnie posłusznym żołnierzem wodza, ten prędzej czy później musi odejść. Kwestią czasu pozostawała samoorganizacja "salonu odrzuconych" wsparta przez niezależnych wójtów, burmistrzów i starostów. Tę grupę, której reprezentacja w większości poszła w końcu z PiSem lider PO wyhodował sobie na własne życzenie. 
W 2013 roku antyschetynowa wewnątrzpartyjna opozycja jednoznacznie wsparta przez Tuska pokonała go na regionalnym zjeździe w Karpaczu. Odtąd województwem rządziła koalicja PO Protasiewicza i samorządowców Rafała Dutkiewicza. Gdy Schetyna wybrany został przewodniczącym Platformy natychmiast rozwiązał struktury regionalne partii i wprowadził komisarza. W efekcie w ostatniej kadencji przez dwa lata władzę sprawowała koalicja oparta o Dolnośląski Ruch Samorządowy, z PO w charakterze opozycji. Taka sama sytuacja panowała w we wrocławskiej radzie. PO weszła wprawdzie do koalicji w lipcu 2016, ale odbyło się to w wyniku kolejnego buntu radnych przeciwko Schetynie - on sam chciał obalić marszałka Przybylskiego wspólnie z PiSem. W tych warunkach poziom zaufania pomiędzy niezależnymi samorządowcami a schetynową Platformą spadł do zera, co wydało teraz zatrute owoce. Polityka brutalnej siły i oddziału wiernych żołnierzy stworzyła naturalną opozycję, która w końcu przesądziła sprawę.

Grzech drugi

Od przynajmniej dwóch kadencji prezydent Lubina Robert Raczyński tworzył formację Bezpartyjnych Samorządowców cierpliwie wykorzystującą twardą politykę szefa PO. Szybko stało się jasne, że jeżeli staną się oni języczkiem u wagi, pójdą raczej z pisowską władzą, skrzętnie targując korzyści. Klucz do władzy na Dolnym Śląsku pozostawał w rękach samorządowców skupionych w DRS i orientujących się na Rafała Dutkiewicza. Ich koalicja z KO, a nawet zwyczajne wejście na jej listy przesądziłoby zapewne sprawę i skutecznie zablokowało PiS. Przewodniczący Schetyna stwierdził w zaufanym gronie, że nie będzie negocjował z Dutkiewiczem. Oznaczało to utratę kilku mandatów decydujących o zwycięstwie.

Grzech trzeci

Kuriozalny przebieg miały same negocjacje z Bezpartyjnymi. PiS wystawił do nich premiera i szefa kancelarii z nieograniczonymi pełnomocnictwami, Schetyna zaś szefa regionalnej PO. Wyglądało na to, że pozoruje rozmowy zdając sobie sprawę z amunicji, jaką dysponuje przeciwnik. W dodatku PiS błyskawicznie przeciągnął na swoją stronę jedynego radnego startującego z listy PSL, który nie otrzymał ze strony Koalicji Obywatelskiej żadnej wiążącej propozycji. Korzyści oferowane przez negocjatorów PiS były olbrzymie: obniżenie podatku miedziowego, kilkanaście znaczących inwestycji, wreszcie posady w skarbowych spółkach. Tej ofercie negocjatorzy KO nie przeciwstawili żadnej sensownej kontrpropozycji. Pozostał moralny nacisk na Bezpartyjnych, którego skuteczność osłabiała jednak świeża pamięć o traktowaniu przez Schetynę.

Grzech Rafała Dutkiewicza

Wśród niezależnych samorządowców od dłuższego czasu dominowały dwie grupy: skupiona wokół Dutkiewicza i marszałka Przybylskiego oraz właściwi Bezpartyjni Samorządowcy prezydenta Lubina Roberta Raczyńskiego. Decydujące okazało się zachowanie liderów. Raczyński parł do celu jak czołg, Dutkiewicz się wahał i hamletyzował. W czerwcu ogłosił budowanie własnej listy, w lipcu się z tego wycofał, w sierpniu powrócił do tego projektu. W międzyczasie jednak Przybylski zawarł sojusz z Raczyńskim i stało się jasne, że ta konstrukcja przechwyci antypartyjny elektorat. Po raz kolejny okazało silę, że polityka nie znosi próżni, a kluczowa jest konsekwencja i tempo działania.
Podsumowując: podzielam moralne oburzenie Obywateli RP i Józefa Piniora na sojusz samorządowców z siłą jawnie antysamorządową i demolującą państwo - stanowi on jednak bezpośredni skutek polityki prowadzonej latami przez przewodniczącego PO. Twarda i bezwzględna gra przynosi efekty w warunkach dominacji, staje się natomiast przekleństwem, gdy staje się zależnym od jej niegdysiejszych ofiar.
Paweł Kocięba-Żabski

poniedziałek, 12 listopada 2018

Dutkiewicz zwala na policję, policja na Dutkiewicza

   Mam to głęboko w dupie - tak były ksiądz Międlar zareagował na rozwiązanie wrocławskiego marszu faszystów ("narodowców") i kiboli. Jak powiedział, tak zrobił: po tak zwanym rozwiązaniu Rybak z Międlarem jeszcze dobrą godzinę szczuli na Unię Europejską, a zebrani na wrocławskim rynku wyśpiewywali w nos policjantom, że "zawsze i wszędzie policja jebana będzie". Wykrzykiwali im to triumfalnie w twarz, zdając sobie świetnie sprawę z ich pełnej bezradności gwarantującej własną bezkarność.
   Co tak naprawdę oznacza rozwiązanie marszu? Kto i w jaki sposób bierze odpowiedzialność za dalszy ciąg wydarzeń? Odpowiedzi są proste jak budowa cepa: nic to nie znaczy i nikt nie bierze żadnej odpowiedzialności. Po "rozwiązaniu" impreza trwa w najlepsze, a policja boi się nawet legitymować, nie mówiąc o zatrzymaniu kogokolwiek. Skoro tak, naprawdę lepiej już niczego nie rozwiązywać, aby uniknąć całkowitego samoośmieszenia. 
   W międzyczasie obserwatorzy z ratusza zostali wypchnięci z marszu (sic!) i przez dłuższy czas nie byli w stanie przekazać organizatorom informacji o "rozwiązaniu". Stało się to dobrą godzinę po odpaleniu pierwszych rac i ponad pół godziny po obrzuceniu petardami i butelkami protestujących Obywateli RP, Strajku Kobiet i przypadkowych przechodniów. Dutkiewicz, który groźnie zapowiadał, że rozwiąże manifestację po odpaleniu pierwszej racy, oskarża teraz policję, że nie chciała pomóc obserwatorom ratusza. Policja naturalnie temu kategorycznie zaprzecza i wchodzimy w stan dość żałosnej groteski według dziecinnego schematu "to nie ja, to ty", gdy niespodziewanie mama wróciła do domu. Raczej nie powołamy w tej sprawie komisji śledczej, a przerzucanie się odpowiedzialnością przez dwie poważne instytucje kompletnie podrywa ich autorytet. Narodowców zaś ostatecznie upewnia, że to wszystko pic - fotomontaż.
   Przy trzech (dla policji zaledwie) ofiarach krewkich kiboli rzecznik komendy wojewódzkiej bezczelnie oświadcza, że "nie doszło do zbiorowego naruszenia porządku publicznego". Strach pomyśleć, co przez to naruszenie rozumie. Delikwenta, który rzuca butelką, po prostu się zatrzymuje, a nie czeka, aż będzie ich stu. To raczej logiczne, ale rzecznik z komendantem idą w zaparte. Policja sprawowała nad wszystkim kontrolę, wysłuchując bluzgów na własny temat i bacznie obserwując palenie unijnych flag. Taka kontrola to czysta przyjemność - równie dobrze wszyscy funkcjonariusze mogli udać się na L-4. Swoją drogą w takich sytuacjach zawsze uderza bezradność i strachliwość tych samych facetów, którzy na komisariatach są twardzi i nie znają litości nie tylko wobec Stachowiaka.  
   Jaki długofalowy skutek przyniesie to żałosne wydarzenie? Narodowcy i kibole poczuli się wydatnie wzmocnieni, bo nic tak nie buduje jak "bohaterska" legenda. Oto lewactwo, policja i władza chciały nas zablokować, a myśmy się nie ugięli i ostatecznie zwyciężyli. Trzeba było widzieć, jak po imprezie przywódcy kiboli dziękowali Międlarowi za zwycięskie przywództwo. Dokładnie o to mu chodziło - o blask i nimb wodza, który się lewactwu nie kłania.
   Z agresywnym tłumem na sterydach możliwe są dwie strategie: pozostawić ich w spokoju, pilnując jedynie, żeby nie zdemolowali miasta albo mądrze i sprawnie użyć siły i wymusić przestrzeganie prawa. Wersja pośrednia, w której napinamy muskuły, by po chwili czmychnąć w krzaki, to wariant samobójczy. Jeśli już rozwiązywać marsz, to po pierwszych incydentach, nie pod sam koniec, gdy ma to charakter czysto symboliczny.
Paweł Kocięba-Żabski



sobota, 10 listopada 2018

Czy w imię narodowej jedności Duda z Morawieckim będą za chwilę świętować urodziny Hitlera

   Pałac prezydencki długie trzy tygodnie negocjował  z ONRem warunki udziału Dudy w marszu - no jednak z dużej litery - Niepodległości. O marszu, jego organizatorach i dominujących uczestnikach wiemy wszystko od wielu lat. To, co się zmieniło ostatnio to ocierająca się o sto tysięcy frekwencja. Reszta to stałe faszystowskie elementy gry: rodzima biała Polska katolicka, europejska white power, wypierdalać z uchodźcami, raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę - lista jest długa i dajmy już spokój ponurym cytatom. Pałacowi negocjacje się nie powiodły dokładnie z tego powodu: narodowcy nie zgodzili się na żadne ingerencje w treść transparentów i haseł, zapraszali za to prezydenta do udziału na swoich warunkach. Duda ze zrozumiałych względów odmówił, ale okazało się to całkowicie pozorne, gdy do gry weszła Hanna Gronkiewicz-Waltz.
   Kiedy na podstawie zeszłorocznych doświadczeń zakazała marszu, błyskawicznie wyszło na jaw, że spór dotyczył głównie zachodniej opinii publicznej, broń Boże istoty sprawy. Gronkiewicz to wróg oczywisty, narodowcy to jedynie nieco zbłąkana rodzina, bliska sercu oraz naturalnemu wyczuciu polityki i estetyki. Główny negocjator ze strony premiera minister Dworczyk zastrzegł się od razu i na gorąco, że wszystkie ustalenia z ONR-em są ustne. Co to znaczy? Nic nie zostało uzgodnione na twardo, kibole zrobią dokładnie to, na co im przyjdzie ochota. Nazistowskie treści pojawią się w państwowym anturażu, pod ochroną wojska i żandarmerii, w pełnym majestacie Rzeczypospolitej. Nie wierzę w to, żeby :antysystemowcy od tego się powstrzymali, zresztą uwaga służb będzie skierowana głównie na okoliczne dachy i okna, żeby nikt nie upolował naszych oficjeli z głową państwa i premierem na czele.
   Taką jedność zobaczymy w setną rocznicę: pisowska władza państwowa z jednej strony, tuż obok Bosak z Tumanowiczem, a w duchowej komunii z nimi Międlar z Rybakiem. Nie sądzę, żeby był to efekt zamierzony i strategiczny. Najzwyczajniej w świecie zwyciężyło polskie lenistwo i zaniechanie - przez dwa lata wysokie kancelarie szykowały eventy za drobne 200 milionów, naturalnie nikt nie pomyślał o wydarzeniu najliczniejszym, a więc siłą rzeczy centralnym. Ludzie Dudy grzecznie prosili, narodowcy konsekwentnie odmawiali, wreszcie prezydent Warszawy powiedziała: sprawdzam. Wtedy okazało się, że prezydent z premierem pójdą ramię w ramię z narodowcami, a gwarancją braku faszyzmu będzie ustne ustalenie na niezbyt wysokim szczeblu. Duda z Morawieckim stali się w ten sposób zakładnikami kiboli, którzy powinni być z tego powodu mocno szczęśliwi. Zrobią władzy numer, nie zrobią: myślę, że po kolejnej setce antysystemowość zwycięży i jednak zrobią.
   Żeby było jasne: nikt nie będzie im wyrywał transparentów i ani wyciągał z tłumu skandujących. Post factum organizatorzy się od "niepokornych" odetną, a policja zrobi ze swoimi nagraniami dokładnie to samo, co ostatnio.
  W przyszłym roku nie będziemy raczej świętować wspólnie urodzin Adolfa, ale szlak został przetarty. Na oczach Europy i świata Polska liberalna i demokratyczna staje naprzeciw maszerujących wspólnie PiSu i brunatnych kiboli. To, że nie było to zamierzone, pogarsza tylko sprawę.
Paweł Kocięba-Żabski 

piątek, 22 czerwca 2018

Wrocław: koniec wielkiej epoki i początek nie wiadomo czego - cz.1 o sejmiku

   Wrocław od trzydziestu lat jawił się samorządową dumą naszego kraju, pozostającą zresztą pod rządami dynastycznymi: Zdrojewski, Huskowski, Dutkiewicz. Wszyscy trzej z jednego opozycyjnego łona, towarzysko i ideowo z jednej niedużej rodziny. Wszystkie idylle kończą się raczej prędzej niż później, ta i tak trwała przynajmniej o dekadę za długo. Dlaczego? Bo dynastia, jak to w w schyłkowych organizmach bywa, obrosła tłuszczykiem chytrych a bezwzględnych totumfackich, zainteresowanych wszystkim oprócz dobra wrocławskiej wspólnoty. Z tego też powodu obecna bitwa o Festung Breslau wcale nie jest tak moralnie prosta i oczywista, jak mogłoby się z zewnątrz wydawać.
   Główni gracze - Schetyna i obecny prezydent Dutkiewicz - znają się jak łyse konie jeszcze z wczesnego KLD. Rafał Dutkiewicz za namową Schetyny kandydował nawet z listy KLD do senatu w 1993 roku, nie można więc mówić o braku komunikacji między nimi. Kanały komunikacyjne są liczne i drożne, chemii za to między panami nawet na lekarstwo. I nie dziwota, bo przy wszelkich różniących ich pozorach - Dutkiewicz to wszakże katolicki (a jednak światły) intelektualista, autor licznych, acz mocno drewnianych fraszek, za to Schetyna dysponuje zasłużonym wizerunkiem brutalnego killera od brudnej roboty przy Tusku - to jednak mimowolnie wspólna praktyka konsekwentnego budowania osobistego dworu, forsowania wiernych miernot oraz nieznoszenie żadnej krytyki łączy ich niemalże jak syjamskich braci. Skoro tak, to porozumieć się nie mogli i nie nie mogą, bo przecież słońce na nieboskłonie krąży tylko jedno. Efekt znamy: Schetyna za punkt honoru uznał przeforsowanie we Wrocławiu swojego kandydata(tki), a w konsekwencji dogłębne rozliczenie i upokorzenie Rafała; Dutkiewicz natomiast, znany z nieszczęśliwej ręki do współpracowników, stawia i w mieście i w województwie na konfrontację z Grzesiem.  Wszystko jedno, jakim kosztem i co znacznie gorsze - wszystko jedno również, czy z jakimkolwiek długofalowym politycznym sensem.
   Sytuację w województwie (samorządowym) opisujemy tyleż z przykrością, co z nieuchronnym deja vu: Dutkiewicz od dłuższego czasu skutecznie rozbija antyschetynowy ruch obywatelski, nie podejmując się natomiast wzięcia pełnej odpowiedzialności za ten projekt; odbywa się to na zasadzie wręcz dziecinnej: ma być po mojemu, a jeśli nie - zabieram swoje zabawki i obrażony odchodzę. W tej chwili Dolnośląski Ruch Samorządowy, zbudowany przez byłych platformersów zbuntowanych przeciwko brutalnym metodom lidera, próbuje jednoczyć się z Bezpartyjnymi Samorządowcami prezydenta Lubina Roberta Raczyńskiego, a obrażony - właśnie tak,  zupełnie jak w piaskownicy - prezydent Wrocławia tworzy listę odrębną. Oficjalny powód: Dutkiewicz nie akceptuje kandydata na prezydenta Wrocławia Jerzego Michalaka, którego DRS desygnował w grudniu. - Wycofacie Michalaka, pójdziemy razem - powiada Dutkiewicz. - Nie wycofacie, idziemy osobno. Pójście osobno jest politycznym idiotyzmem, za to przedmiot sporu - Jerzy Michalak - to dla odmiany były wrocławski radny, jeszcze niedawno wielki faworyt Dutkiewicza, jego nieoficjalny - za to wielokrotnie namaszczany - delfin i następca. Jak to zawsze u Dutkiewicza, panowie nagle się pokłócili na amen i teraz województwo ma cierpieć za czysto wrocławski spór ojca z synem. Nie trzeba dodawać, że pozastołeczna część województwa patrzy na ten spór z obrzydzeniem: panowie szlachta kłócą się w rodzinie, a my i nasze sprawy nie mają z tym nic wspólnego.
   Silne osobowości z bogatej północy i biednego południa województwa - prezydent Lubina Raczyński oraz prezydent Wałbrzycha Roman Szełemej - patrzą na ten żałosny spektakl i kiwają głowami. Wrocław w żadnym wypadku nie zachowa w tej sytuacji autorytetu budującego regionalną wspólnotę. Szełemej buduje ją poprzez osobne negocjacje z Brukselą biednego - wałbrzyskiego i jeleniogórskiego - południa województwa, głównie gmin skupionych w aglomeracji wałbrzyskiej. Raczyński zaś pozostaje niekwestionowanym samorządowym przywódcą KGHM, czyli bogatej północy. Wszystkich za to pogodzi w sejmiku Grzegorz Schetyna, który - korzystając ze skłócenia ruchów obywatelskich - pewnie zmierza po sejmikowe zwycięstwo. Na 36 mandatów weźmie pewnie 16, co oznacza absolutną dominację i pewne rozdawanie kart. Do koalicji potrzebuje trzech radnych: zapewne dwóch eseldowców i kogoś z grona niegdysiejszych buntowników. PiS ma szansę na 14 mandatów i nie posiada wystarczającej zdolności koalicyjnej: mógłby liczyć na Raczyńskiego, ale jego Bezpartyjni Samorządowcy wezmą co najwyżej dwa mandaty.
Wniosek nasuwa się jeden, niespecjalnie zresztą ponury, raczej z gatunku oczywistych: polityka jest sztuką długofalową, premiującą wytrwałość oraz cierpliwość, nie znosi natomiast pajacowania ani megalomanii.       
cdn.
  

wtorek, 5 czerwca 2018

Prawybory (chwilowo?) zgniecione przez polską rzeczywistość


   Forsowane przez Obywateli RP prawybory w obozie demokratycznym mające wyłonić jednego kandydata i wspólną listę przed wyborami samorządowymi nie odbyły się nigdzie, co znakomicie zilustrowało przewidywania sceptyków, a mocno zdołowało entuzjastów. Dlaczego nigdzie? Bo poza paroma wyjątkami samorządowcy i kandydaci na samorządowców ich nie chcieli, wychodząc z oczywistego dla nich założenia, że jeżeli jest w gminie kilka komitetów, to trzeba do końca – dosłownie, czyli nawet do końca czerwca i dłużej – próbować przeciągnąć je na swoja stronę, oferując jedynki w radzie, funkcję zastępców burmistrza czy prezydenta, biorące miejsca w radzie powiatu, wreszcie lukratywne stanowiska. Na zachodzie kraju, gdzie lęk przed PiSem nie zdominował jeszcze rozgrywki, była to sytuacja powszechna, która stawiała prawybory z ich sztywnym wielotygodniowym terminarzem na pozycji całkowicie przegranej.

Jedynie gdy rywale pójdą w zaparte

   Zdecyduję się na udział w prawyborach, jeżeli mi rywale ostatecznie odmówią – powtarzali włodarze średnich miast na zachodniej ścianie; ta ostateczna odmowa przeciągała się w nieskończoność, a wstępne deklaracje (było ich kilkanaście) okazywały się iluzoryczne. Sedno odmowy tkwiło w przekonaniu burmistrzów i prezydentów – oraz aspirujących do tej roli – że sprawa objęcia urzędu oraz kolejności na liście jest zdecydowanie zbyt poważna, aby decydowali o niej ot tak po prostu obywatele. To potężne narzędzie władzy i wpływu, dobre miejsce na liście stanowi przecież przedmiot nieformalnych przetargów, wręcz handlu: nie ma w tym układzie żadnego miejsca na idealizm, identycznie zresztą jak w przypadku partyjnych bossów na arenie ogólnopolskiej.
   Gdy my naiwnie przekonywaliśmy do oddania ludziom kluczowej decyzji o kandydacie i kolejności na liście, samorządowcy patrzyli na nas z rosnącym zdumieniem. Przecież to prawdziwa istota władzy, jej bezwzględnie oddać nie wolno! Na zachód od Wisły pisowski straszak działał słabo, jednocześnie podejście faworytów do niepisowskich rywali streścić można w prostej alternatywie: przeciągnąć na swoją stronę i zwasalizować albo wyeliminować poprzez haki i nieformalną presję. Prawyborcza logika otwartego starcia przy podniesionej kurtynie sromotnie przegrywała ze strategią brutalniejszą i wielokrotnie przetestowaną.
   Niewiele lepiej wyglądała sytuacja w gminach, w których burmistrz albo lider miejscowej opozycji chciał przeprowadzić prawybory z powodów ideowych. Wprawdzie nie od razu, ale po kilku tygodniach okazywało się, że główni rywale w to nie wchodzą, a bez ich udziału cała operacja traci rację bytu. Sęk w tym, że ideowców w gminie czy powiecie winno być przynajmniej dwóch, jeszcze lepiej trzech. Ostatecznie tego warunku nie udało się spełnić nigdzie, niezależnie od tego, czy chodziło o lokalnych przedstawicieli partii czy komitety społeczne.

Facet z aparatem

   Na wschód od Wisły sprawa przybierała obrót kompletnie inny, choć wcale nie weselszy. Tutaj wszyscy rozumieli wartość jednego kandydata i jednej listy wyłonionej w prawyborach, natomiast przeważała proza życia, trudna do zrozumienia dla człowieka z Dolnego Śląska czy Pomorza. Gdy w biurze opozycyjnego posła zbierały się wszystkie miejscowe siły, a więc powiatowe władze partii oraz KOD i stowarzyszenia, palącej potrzeby wspólnej listy nie negował nikt - ta kwestia od pierwszej chwili stanowiła aksjomat. Skoro tak, to tworzymy komitet prawyborczy i działamy z otwartą przyłbicą? W żadnym wypadku. Rzecz rozbijała się nieodmiennie o to, że pisowska władza z pewnością postawi przed drzwiami prawyborczego lokalu człowieka z aparatem i to z naddatkiem wystarczy do zdławienia frekwencji. Czyli we właściwych wyborach, za kotarą i bez kamery, pisowca można w miarę bezpiecznie skreślić, za to w lokalu prawyborczym głosować bezpiecznie się nie da. Długie ręce władzy dosięgną niechybnie śmiałka, a każdy w powiatowym ośrodku we wschodniej Polsce ma coś do stracenia. W pierwszym rzędzie dotyczy to pracowników ratusza i komunalnych spółek, ale również nauczycieli, drobnego biznesu, nie mówiąc już o klientach pomocy społecznej. Ten hipotetyczny delikwent z aparatem będzie nam się śnił długo po nocach.
   Sprawa sejmików wojewódzkich od samego początku była zdecydowanie dwudzielna: tak jak nie ulegała najmniejszej wątpliwości twarda potrzeba jednej demokratycznej listy, tak jasne było, że bez zaangażowania partii literalnie nic nie zrobimy. Nie ta polityczna oraz logistyczna skala. Nie było sensu organizować prawyborczego komitetu przeciwko partiom (choć do tej pory robili to z powodzeniem lubińscy Bezpartyjni Samorządowcy, czerpiący jednak środki z bogatych miedziowych samorządów), można było jedynie partie przekonywać i wywierać na nie społeczny i medialny nacisk. O tym ostatnim mogliśmy zapomnieć, bo mainstreamowe media zajęły wobec prawyborów postawę „non est”. Czyli przechodzimy nad zjawiskiem do porządku dziennego, traktując je jako umysłową aberrację. Dlaczego? Chyba dlatego, że liderzy opinii uznali akcję prawyborczą za uderzenie w autorytet oraz przywództwo partyjnej opozycji, która i bez tego ma przecież dosyć kłopotów.

Oddalibyśmy Podkarpacie, oddamy pół kraju

   Skutki sejmikowego zaniechania szykują się opłakane: w przypadku wspólnej listy demokratów oddali by oni PiSowi jedynie Podkarpackie, wobec osobnego startu PSL i lewicy stracimy zapewne połowę województw. Podobna perspektywa, choć całkowicie jednoznaczna i potwierdzona badaniami, w najmniejszym stopniu nie wzrusza baronów chociażby PSL, nie przekonuje też Czarzastego do sojuszu z Koalicją Demokratyczną. Interes partykularny ponad wszystko, choć i on wydaje się w tym położeniu trudno definiowalny. Nie, bo nie!
   Na koniec nieuchronne pytanie, czy było warto zbierać te wszystkie guzy i sińce, robiąc za dyżurnego wariatuńcia. Odpowiedź może być pozytywna wyłącznie w jednym kontekście. Prawybory samorządowe wprost zależały, wisiały wręcz na zgodzie i czynnym udziale lokalnych graczy. Gdy owi gracze uznali przedsięwzięcie za osobiście nieopłacalne (odwieczne pytanie „a co ja i moje zaplecze będziemy z tego mieli, ale konkretnie proszę!”), utopili je jednym ruchem, realizując własną tradycyjną strategię. Prawybory parlamentarne będą rządziły się logiką dokładnie odwrotną – zapraszamy do nich wszystkich demokratów przekonanych do idei, po czym przeprowadzamy je w każdym przypadku, bez względu na to, czy zainteresowanych podmiotów będzie trzy czy trzydzieści. Słowem trzymamy karty w ręku i nie zależymy od niczyjego kaprysu.
   A wtedy doświadczenia z zimowo-wiosennej akcji prawyborczej zaczną wreszcie procentować: każdy nabity guz i siniak oszczędzi nam prostych błędów w nowej odsłonie. Dlatego niczego nie wolno żałować, nawet jeżeli w tej chwili dominuje gorycz porażki.
Paweł Kocięba-Żabski

sobota, 2 czerwca 2018

Wspólnotowy kretynizm nas kiedyś zniszczy - pomiędzy zagrodami

   Od studenckich lat z niesłabnącą uwagą obserwuję zjawisko klasycznie polskie, którego próżno szukać wśród aborygenów czy papuaskich łowców głów. Badacze polskich osobliwości nazywają je różnie: wtórnym kretynizmem grupowym, zaawansowanym kretynizmem wspólnotowym, wszakże jego drastycznych symptomów nie sposób pomylić z niczym innym na Bożym świecie. Boleśnie dotyka ono Polaka bez względu na status, iloraz inteligencji, majątek czy formalne wykształcenie; niewątpliwie ze szczególną jaskrawością uderza u ludzi skądinąd osobiście bystrych, życiowo zaradnych i umiejących znakomicie zadbać o siebie i rodzinę.
   Moje pierwsze wspomnienie naszego wspólnotowego paradoksu pochodzi ze studiów właśnie. Na drugim roku zorganizowano nam zebranie, którego zasadniczym celem było jak najwygodniejsze dla ludzi ułożenie planu ćwiczeń i wykładów. Naturalnie, jak w to naszym kraju, każdy chciał kompletnie czegoś innego, ale już po dwóch godzinach zażartych kłótni doszliśmy do z grubsza wspólnych ustaleń. Wtedy na salę wkroczyli dwaj globtroterzy słabo znani reszcie kolegów, bowiem swój czas dzielili pomiędzy import indyjskich sukienek oraz tajskiej biżuterii; pojawiali się więc na wydziale sporadycznie, głównie w dziekanacie, w którym obdarowywane sowicie panie załatwiały im stosowne wpisy do indeksów. Ci dwaj geniusze międzykontynentalnego w końcu biznesu (szeptało się też o twardych narkotykach) w przeciągu pięciu minut rozpieprzyli nam spotkanie dokumentnie, żądając rzeczy sprzecznych wewnętrznie, niemożliwych z założenia i wzajemnie się wykluczających. Zachowywali się przy tym tak, jakby innych grup i roczników nie było w ogóle na świecie, a im samym od lat działa się konsekwentnie niewypowiedziana krzywda. Błyskawicznie tą manierą zarazili pozostałych: zakończone już (pozornie) swary rozgorzały na powrót z nową dynamiką, a w efekcie opiekun roku wyznaczył nam plan arbitralnie i bez żadnych konsultacji.
   Dziś, po trzydziestu pięciu latach, odczuwam identyczne wibracje przechodząc płynnie z wzorcowo prowadzonej rodzinnej firmy (z gruntu polskiej kapitałowo i zarządczo) choćby na dworzec kolejowy, do szpitala, czy na najbliższy komisariat. Ci sami rodacy zachowują się w tych miejscach kompletnie inaczej, są po prostu innymi ludźmi wewnątrz wytyczonej przez podświadomość mentalnej zagrody i poza jej zaklętym kręgiem. W "swojej' firmie ład, prężna krzątanina, każdy zna swoje miejsce, zadania na pojutrze i te za dwa tygodnie wyrecytuje wyrwany ze snu o drugiej w nocy. Na pobliskim dworcu zaś nikt nie jest stanie pojąć przyczyny notorycznych godzinnych opóźnień z sąsiedniej miejscowości (za które od niedawna niechętnie i bezosobowo przepraszają pasażerów, głosem mocno jednak obrażonym). Kolejka na szpitalnym SORze jest zawsze piętnastogodzinna, a nieszczęsny pacjent żyje z dotkliwą świadomością, że gdyby tak znienacka do systemu dosypać tak ze trzydzieści miliardów, wydłużyłaby się ona szybko do szesnastu i pół. Nie o pieniądze tu bowiem chodzi, jeno o ich nieszczęsny publiczny charakter. O policjantach szkoda już wspominać: zajmują się głównie produkcją sławetnych służbowych notatek, które ostatnio - to nowość - przepisują pracowicie z prywatnych tabletów. Nietrudno policzyć: cztery notatki z zajść doskonale nieistotnych po dwie godziny każda i już czas na zasłużony fajrant.
   Kraj nasz jest precyzyjnie dwudzielny, każda z części pozostaje w innej epoce i zdecydowanie na innej planecie. Jedna w Unii Europejskiej XXI wieku, druga gdzieś pomiędzy schyłkowym PRL-em a epoką saską. Żadne unijne szkolenia, żadne miliardy wydane przez Brukselę na miękki - a jakże - kapitał społeczny - tego nie zmienią; ba, na opisanym powyżej obrazie nie pozostawią najmniejszej choćby rysy. Tu jest panie zagroda, a tam ziemia niczyja.
   Bardzo ciekawy jest wpływ naszej narodowej dychotomii (schizofrenii?) na partie i całą scenę polityczną. Same partie, bez względu na orientację, pozostają wyraźnie wewnątrz mentalnej zagrody: wszystko chodzi jak Pan Bóg przykazał, zarówno w modelu wodzowskim (PO, PiS, SLD), jak i oligarchiczno-baronowskim (PSL). Za to nasi liderzy opuszczają natychmiast bezpieczną zagrodę, gdy przychodzi do budowania efektywnej koalicji przeciwko partii dominującej. Ostatnio mamy znakomitą możliwość obserwacji tego fenomenu przy okazji szykowania starcia PiSu z antyPiSem w sejmikach wojewódzkich. Szczegółowe badania wykonane na dużych próbach w szesnastu województwach przynoszą opozycyjnym liderom obraz całkowicie jednoznaczny: wspólny obóz PO-N-PSL-SLD-niezależni bierze wszystko szturmem, z wyjątkiem Podkarpacia. Nawet dwa bloki PO-N i SLD-UED-PSL oddadzą pisowskiej władzy co najwyżej cztery województwa. I co, cieszą się i biorą to? Otóż w żadnym wypadku, bo rzecz dzieje się i rozgrywa poza zagrodą.
Peeselowscy baronowie za diabła nie pójdą z Czarzastym, a ten z kolei w żadnym wypadku nie dołączy do Schetyny, obawiając się bycia pożartym na wzór i podobieństwo Kasi Lubnauer. Wszelka racjonalność politycznych zachowań i decyzji kończy się w tym miejscu i urywa, jak nożem uciął. Wkroczyliśmy na ziemię niczyją, na której PiS dostanie za bezdurno piękną premię w postaci ośmiu, a może i więcej sejmików, z wielkimi unijnymi pieniędzmi w Regionalnych Programach Operacyjnych.
   Rzekłby kto, że zwycięża tu interes partykularny. Wierutna bzdura - zarówno interes ugrupowania, liderów, jak i działaczy średniego szczebla jest jeden i do bólu klarowny: wziąć władzę, stanowiska w zarządach i prezydiach sejmików oraz związane z tym frukta. Każdy przytomny obserwator czuje, że dotykamy tu czegoś znacznie głębszego, ugruntowanego i okopanego w głowach atawizmu, sięgającego zagrody Piasta Kołodzieja. No bo co? Ryzyko rozmycia tożsamości, zdominowania przez ugrupowanie silniejsze? Również bzdura, przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby dzień po zwycięskich wyborach utworzyć odrębne kluby i twardo negocjować podział łupów.
   Tu idzie o coś znacznie trudniej uchwytnego: zagroda jest i pozostanie nasza, nikt liderowi nie zarzuci zdrady czy choćby ulegania silniejszemu partnerowi - co nasze to nasze i takim po wieki pozostanie. Belg, Holender czy Niemiec nic z tego nie zrozumie, na szczęście nie musi.
Paweł Kocięba-Żabski