czwartek, 13 kwietnia 2017

Bomba termobaryczna zgniata pisowski mózg

   Geniusze od Antoniego myśleli, myśleli, aż wymyślili. Taką bombę, która zostawia jak najmniej śladów, która wybucha, a tak jakoby jej nigdy nie było. Ten, który kazał ją podłożyć i odpalić, jednocześnie rozpylił sztuczną mgłę, blokując w kluczowym momencie układ hydrauliczny tupolewa oraz zmusił nieszczęsnych kontrolerów lotu do zastawienia śmiertelnej zasadzki. Polegała ona na tym, żeby przekornych Polaków konsekwentnie informować o braku warunków do lądowania. Dochodzimy więc do konstrukcji, w której morderca, czy też raczej mordercy użyli wielu zabójczych środków naraz, wychodząc z założenia, że strzeżonego Pan Bóg strzeże. Na żaden z nich nie ma śladu dowodu, ale to nie problem: zbrodniczy mózg już o to zadbał w pierwszej kolejności.  Nic podobnego nigdy w historii światowych zamachów się nie zdarzyło, ale tym gorzej dla tej historii.
   Ustalmy jedno: to już nie jest radosna twórczość zespołu parlamentarnego, to oficjalne stanowisko organów naszego państwa. Publikując swój niezwykły filmik podkomisja Macierewicza brnie w straszliwe idiotyzmy w pełni państwowego majestatu, używając do tego autorytetu Komisji Badania Wypadków Lotniczych, MON-u, Woskowej Akademii Technicznej i wojska jako całości; prezes zaś powtarza je literalnie - "z niemal całkowitą pewnością" - na rocznicowym wiecu, traktując jak prawdę objawioną i przydając im walor całkowicie oficjalnej wersji wypadków. Od tej chwili nie znajdziemy już pisowskiego oficjela, który by się odważył od tej bredni publicznie zdystansować.
   Jednocześnie prokuratura oskarża kontrolerów o "umyślne sprowadzenie katastrofy", co nie może mieć innego sensu niż oskarżenie Rosjan o zamach na prezydenta i jego towarzyszy. Nie zostało to wprost powiedziane ani napisane, ale innej możliwości zwyczajnie brakuje. Podkomisja we wspomnianym filmiku z naciskiem podkreślała nadzwyczajną jakość i profesjonalizm sprzętu do naprowadzania samolotów na Siewiermym, jakim dysponowali przerażeni kontrolerzy w swojej budzie i najbliższej okolicy. Musiał być niezwykle profesjonalny, żeby uwiarygodnić w pełni świadomą zasadzkę - nic to, że obie prehistoryczne radiolatarnie wraz z radarem pamiętały Breżniewa. 
   Nie jestem pewien, czy wszyscy czujemy różnicę między sytuacją sprzed chociażby trzech lat a obecną, tudzież jej związek z niedawnym głosowaniem w Brukseli. Czym innym są majaczenia, iluminacje czy akty strzeliste posłów opozycji zbijających polityczny kapitał na tragedii, czymś zupełnie innym ustalenia państwowej komisji i prokuratury. Różnica jest olbrzymia, a dotyczy odpowiedzialności za państwo i wszystkich jego obywateli. Państwowa logika jest nieubłagana: powinniśmy natychmiast poinformować o tych złowrogich ustaleniach naszych sojuszników w NATO i przyjaciół w Unii Europejskiej, powinniśmy przynajmniej wycofać naszego ambasadora z Moskwy i oczekiwać w tej mierze zrozumienia i lojalności naszych partnerów. Co do Brukseli - oczywistym się staje, że tak jak w świetle enuncjacji naszych śledczych Putin jawi się jako główny podejrzany, tak w świetle ustaleń państwowej przecież komisji aktem oskarżenia może być objęty obecny przewodniczący Rady Europejskiej. Trudno udawać, że nie dostrzegamy tych implikacji.
   Jest naturalnie inna ewentualność, na którą zapewne liczy prezes Kaczyński - że nikt tego w Europie i na świecie nie potraktuje poważnie: ot takie tam zagrywki na użytek wewnętrzny. Jeśli tak, to miejmy świadomość, że stajemy się pośmiewiskiem cywilizowanego świata, a do wyniku 27:1 powinniśmy raczej przywyknąć, bo nikt w tym świecie nie używa katastrofy komunikacyjnej do oskarżenia o zbrodnię przywódcy ościennego mocarstwa i własnego byłego premiera. Jeśli naczelnik uważa, że wyłga się z tej sytuacji tanim kosztem, to bardzo się myli.
   I jeszcze dwie rzeczy: pierwsza dotyczy wielokrotnie już omawianego geniuszu politycznego prezesa - jaki sens ma na miłość boską pełne uwiarygodnianie bredni Macierewicza i jego komisji we wtorek, po to, by w środę rzucić mu się do gardła pod pretekstem Misiewicza? Czy we wspomniany wtorek nasz geniusz nie powinien chwilę się nad tym zastanowić? Czy to ma być kolejny majstersztyk politycznej spójności? Druga sprawa to myślący pisowcy, ludzie z tamtej strony barykady używający rozumu; od chwili upaństwowienia smoleńskich fantazmatów wszyscy funkcjonariusze, urzędnicy, nawet kooperanci tej władzy będą zmuszeni dzień w dzień udawać idiotów - udawać, że bomba termobaryczna ciężko uszkodziła im mózgi.
Paweł Kocięba-Żabski
 

niedziela, 26 marca 2017

Potrzebujemy prawdziwej i głębokiej zmiany, nie tylko przegonienia PiS na krótką metę

   Właśnie w tej chwili wchodzimy w zupełnie nową polityczną fazę i dobrze by było zarówno właściwie zrozumieć, jak i precyzyjnie nazwać, na czym ona polega. Po półtora roku raczej bezkarnych wyczynów dobrej zmiany - za ewentualną dla niej karę można było do tej pory uznać jedynie fakt, że pomimo potężnych transferów socjalnych i obniżenia wieku emerytalnego PiSowi nigdy nie urosło powyżej magicznej granicy 40% - doczekaliśmy wreszcie prawdziwego przełomu w Brukseli, który narodem potrząsnął na tyle mocno, że kaczystom poważnie tąpnęło. Tąpnęło i co dalej? Jak kania ddżdżu potrzebujemy teraz potężnego, obywatelskiego ruchu społecznego, który by to tąpnięcie zamienił w solidny zjazd aż do wyborczego końca, a niezaczadzonej narodowym socjalizmem części narodu przyniósł nadzieję, że zwycięstwo nie będzie oznaczało prostego powrotu do epoki Tuska - słowem nie będzie gorzkie, jałowe i tylko na chwilę.
   Trend wyłaniający się z trzech pobrukselskich sondaży pokazuje trzy postawowe rzeczy: po pierwsze skończył się okres miodowy PiSu, wielkie rozdawnictwo socjalnych prezentów zostało skwapliwie skonsumowane i spowszedniało - Kaczyński więcej podarków nie ma, teraz czarować będzie już tylko spektakularnymi aresztami, procesami i komisjami śledczymi; po drugie opozycji traktowanej sumarycznie prawie nie rośnie, łączny jej wynik to ciągle niecałe 40%, przy solidnych 45% PiS i Kukiza liczonych razem; po trzecie efektowne samobóje Kijowskiego i Petru wykonane na przełomie roku sprawnie i skwapliwie wykorzystał doświadczony Schetyna, rozstrzygając dylemat prezesa, kto będzie szefem opozycji. Antypisowski elektorat w naturalny sposób skupił się wokół jedynego poważnego zawodnika na pokładzie, nie bacząc na wcześniejsze grzechy i całkowity brak głębszej zmiany w PO. Tak zwany efekt Tuska również zadziałał wyłącznie dla Platformy: uskrzydlony Schetyna uzyskał idealny dla siebie status krajowego Donalda i dodatkową gwarancję, że prawdziwy Donald przez długie dwa i pół roku nie odbierze mu przywództwa.
   Jeśli PO wskoczyła na miejsce tuż za PiSem i dmucha mu teraz w szyję, nie unikniemy kilku pytań, nieprzyjemnych dla tej partii, a jeszcze bardziej nieprzyjemnych dla ludzi pragnących autentycznej przemiany w Polsce, nie zaś prostego odsunięcia Kaczyńskiego od władzy i wygodnego powrotu w stare partyjniackie koleiny. Czy Platforma dokonała wewnętrznego rachunku sumienia, czy rozumie, jak wspaniały grunt przygotowywała przez lata pod zwycięstwo tanich populistów? Czy zerwała z ogłupiającym i niszczącym wszelkie indywidualności systemem wodzowskim, idealnym dla bezideowych aparatczyków, a skutecznie odrzucającym niezależnych z natury ideowców z NGOsów i ruchów miejskich? Czy wewnętrzne mechanizmy w partii Schetyny różnią się w sposób istotny od standardu pisowskiego? Czy wreszcie sam Schetyna dojrzał do roli lidera, który na partnerskiej i podmiotowej zasadzie budował będzie szerokie porozumienie Polski europejskiej i demokratycznej?
   Bardzo bym chciał choćby takiej przemiany głównej partii opozycyjnej i sposobu myślenia jej lidera, żeby i ona i on przynajmniej zadawali sobie podobne pytania. Jeśli uznają, że gwałtowny przyrost sondażowy zwalnia ich z tego przykrego obowiązku, niech Pan Bóg ma nas w swojej opiece. Partyjniacki do bólu i fatalny dla kraju klincz PO-PiS trwać będzie wtedy w najlepsze, poziom publicznego zaangażowania młodego pokolenia spadnie jeszcze niżej (jeśli to w ogóle możliwe), a ewentualne odsunięcie Kaczyńskiego od władzy potrwa co najwyżej jedna kadencję albo zdecydowanie krócej.
  W nowej sytuacji trzeba sobie odpowiedzieć na dwa fundamentalne pytania - dlaczego tak ważny był KOD w jego zeszłorocznej postaci i do czego jest Polsce potrzebna, wręcz niezbędna, autentyczna demokratyczna lewica. Obywatelski ruch demokratyczny, angażujący dziesiątki tysięcy ludzi, dawał szansę na odnowienie sceny politycznej, wpuszczenie do niej świeżej kwi, wymuszenie wreszcie na partiach wyższych standardów oraz ideowego i programowego wysiłku z prawdziwego zdarzenia. Kluczowym jego zadaniem było również (i ciągle jest) stworzenie naturalnej symbolicznej płaszczyzny dla wspólnej listy opozycji, konstruowanej oddolnie, po partnersku, bez dominacji i w efekcie dyktatu najsilniejszej partii. Aż nie do wiary, że ruch obywatelski, jakiego od dawna w Polsce nie widzieliśmy, rozsypał się i zamilkł z powodu tak błahego jak defekty charakteru Mateusza Kijowskiego. Byłoby to tym smutniejsze, im bardziej jest w tej chwili - wobec słabnięcia PiSu - potrzebny.
   Co do demokratycznej lewicy z prawdziwego zdarzenia na poziomie przyzwoitych 20% - jej wieloletnia nieobecność okalecza polską politykę, czyni ją wręcz ułomną, całkowicie bez sensu oddaje kwestie socjalne w pacht PiSowi, a partie konserwatywno-liberalne pozbawia wiarygodnego społecznie sojusznika z lewej strony. W rezultacie rosnące w siłę ruchy ekologiczne i feministyczne są w tak zwanej dużej polityce całkowicie osierocone, a reprezentowana przez nie dynamika społeczna i wartościowy zasób nowych, ideowych i wreszcie dużo młodszych działaczy może być kompletnie zmarnowany. Bez pamiętnej wałęsowskiej "lewej nogi" ani się nie uniknie powtórki z arogancji PO, ani nie zagwarantuje prawdziwej zmiany i stabilności koalicji bez PiS. Wszystko jedno, kto tego dokona, choć Bogiem a prawdą już dawno powinna ruszyć z kopyta Nowacka z Piechno-Więckiewicz i Biedroniem - przy założeniu, że partia o znamiennej nazwie "Razem" nie zepchnie  tym razem lewicowej koalicji pod próg, tylko wyrośnie wreszcie z przedszkolnego sekciarstwa.
Paweł Kocięba-Żabski

czwartek, 23 marca 2017

Tusk zagrożony pisiorską tiurmą to straszny wstyd w Europie, ale też szansa na uwolnienie od koszmaru

   Gdy na przełomie października i listopada pisałem o szykowanym dla Tuska oskarżeniu o "zdradę dyplomatyczną" w sprawie Smoleńska, zabrakło mi twórczej wyobraźni. Dwie rzeczy wydawały się wtedy oczywiste z politycznego punktu widzenia: oskarżenie byłego premiera z egzotycznego artykułu 129 KK służyć ma zablokowaniu przedłużenia Tuskowi europejskiego mandatu (powinno więc nastąpić najpóźniej w styczniu), zaś powaga i ciężar zarzutów - zdrada, nawet dyplomatyczna, oznacza przecież spiskowanie z wrogiem - wywiedzione zostaną z analizy kontaktów i korespondencji ekipy Tuska z Rosjanami p r z e d katastrofą, prowadzących do podstępnego rozdzielenia wizyt i w konsekwencji narażenia prezydenta na zasadzkę Putina. Waszczykowski dostał wtedy dyrektywę, by nie publikować "białej księgi" z okołosmoleńskimi dokumentami, aby śledczy do ostatniej chwili szukać w nich mogli odpowiednich haków. Wyglądało to wszystko na ponurą fantasmagorię chorego umysłu, ale politycznie składało się w sensowną całość.
   Nasza rzeczywistość nie zna jednak litości dla analitycznych mądrali, a o strategicznej spójności roboty naczelnika  należy jak najszybciej zapomnieć. Nowogrodzka nie uruchomiła operacji na przełomie roku, nie postawiła europejskich liderów w skrajnie trudnej sytuacji (przewodniczący RE pod poważnym zarzutem karnym, zagrożony Europejskim Nakazem Aresztowania), tylko czekała z tym absolutnie biernie do brukselskiej kompromitacji z Saryuszem. Dlaczego? Domyślać się należy, że najzdolniejsi nawet śledczy nie są cudotwórcami, więc materiał okazał się tak słabiutki, że  niezdatny nawet dla swoich prokuratorów i potencjalnie swoich sędziów. Wyglądało na to, że pomysł niezwykły w swojej bezczelności i brawurze upadł pod ciężarem zrozumiałego imposybilizmu własnych funkcjonariuszy.
   Odgrzewanie go teraz, gdy brukselskie mleko już się rozlało, a Tusk kolejny raz widowiskowo upokorzył prezesa, stanowi absurd tak jaskrawy, że musi kryć się za nim rozgrywka wewnątrz własnego obozu, jak się nietrudno domyślić między numerami 1 i 2, czyli Jarosławem i Antonim. Właśnie strategicznie przecież, biorąc po uwagę nadrzędny interes władzy PiS, trudno znaleźć głupszy i bardziej krótkowzroczny scenariusz. Antyeuropejski i małostkowo-agresywny kurs wobec Tuska w ciągu niecałych dwóch tygodni już zdążył przynieść poważne straty PiSowi, a olbrzymie i niezbyt zasłużone korzyści PO Schetyny, w konsekwencji jednak również opozycji jako całości. Nietrudno dociec przyczyny: ludzie środka, zdystansowani do obydwu walczących stron przełkną dość łatwo demolowanie nielubianych powszechnie sądów łącznie z Trybunałem czy "abstrakcyjnej" praworządności, natomiast głęboko w genach mają zapisany lęk przed utratą zbiorowego bezpieczeństwa, osamotnieniem, a już na pewno bezmyślną konfrontacją z Rosją i Niemcami jednocześnie. Przechodziła dotąd dość gładko wojenka z Komisją Wenecką czy połajanki z Timmermansem, bo większość publiczności traktowała to jako godnościowe pstrykanie w nos eurokratów, rzecz "nie na poważnie". Brnięcie w to teraz, w dodatku z mściwą zajadłością, gdy po brukselskim 27-1 do ludzi dotarło, że to jednak jest na poważnie, powiększy tylko straty i dostarczy opozycji tak potrzebnego jej paliwa.
Doniesienie do prokuratury w imieniu MON wykonał Macierewicz i tylko jemu cała sprawa przynieść może bezpośrednie i szybkie korzyści. Uderza żałosna miałkość uzasadnienia: to po to sztab fachowców przez wiele miesięcy prześwietlał tysiące mejli i notatek z kierunku wschodniego MSZ, by w efekcie niczego z tego nie użyć i po raz setny uczepić się wyboru 13. załącznika Konwencji Chicagowskiej? Naprawdę niczego nie znaleźli, co by się nadawało do zbudowania zgrabnej a przekonującej konstrukcji o tuskowych knowaniach z Putinem p r z e d katastrofą? Sedno sprawy może tkwić w tym, że Tuska nienawidzi sam Kaczyński i to jemu osobiście mogło zależeć na solidniej skonstruowanym oskarżeniu. Macierewiczowi może być wszystko jedno, byle znaleźć się ponownie na pierwszej linii frontu i odwrócić uwagę od własnych kłopotów.
A tych ministrowi wojny nie brakuje. W PiS sporo jest jednak ludzi przytomnych, którzy rozumieją, że zwalczanie PO nie musi koniecznie oznaczać wyrzucania kilkudziesięciu wyszkolonych za ciężkie pieniądze (w znakomitej większości przez Amerykanów) generałów i kilkuset pułkowników, wstrzymania jakichkolwiek zakupów sprzętu i gwałtownego osłabienia naszej pozycji zarówno wewnątrz NATO, jak i wobec Rosji. Misiewicz jako symbol zarządzania armią nie budzi niczyjego entuzjazmu, a osławiona (pod)komisja smoleńska okazała się jawną farsą: jeśli Antoni przez długie lata opowiadał o sztucznej mgle, ataku elektromagnetycznym, obezwładnieniu tupolewa w powietrzu, trzech wybuchach i pancernej brzozie, po szesnastu miesiącach sprawowania władzy wypadałoby jednak rzucić publiczności cokolwiek - komisja jest naga, nie ma zgoła nic i tak zapewne pozostanie. W tej sytuacji aż się prosi o ucieczkę z jakimkolwiek oskarżeniem Tuska do przodu i sparaliżowanie wewnętrznych oponentów, choćby budzącego się nieśmiało z letargu prezydenta. 
Co teraz nastąpi? Formalne postawienie zarzutów, szukanie w warszawskim sądzie okręgowym sędziego, który odważyłby się wobec pełnej fikcyjności oskarżenia wydać europejski nakaz? Wszystko możliwe, choć zapewne skończy się na nękaniu Donalda licznymi wezwaniami na przesłuchania "w sprawie". Po jego solidarnym wyborze na resztę kadencji oznacza to konfrontację z Unią w najgorszym możliwym stylu oraz w najbardziej małostkowy i kompromitujący z istniejących sposobów. Po partackim zgłoszeniu Macierewicza nie ma już możliwości wycofania się z oskarżeń bez utraty twarzy wobec najtwardszego elektoratu. Będą musieli w to brnąć, ośmieszając nas w Europie, za to pracowicie oraz długofalowo wzmacniając słabą jeszcze miesiąc temu opozycję.     
 

poniedziałek, 13 marca 2017

W jakiej dyscyplinie Kaczyński jest wybitnym strategiem, a nawet geniuszem

    Gdyby przeprowadzić dziś mistrzostwa świata w pracowitym jątrzeniu, jadowitych insynuacjach czy kopaniu między ludźmi jak najgłębszych rowów dla własnej doraźnej korzyści, Kaczyński ma tytuł w kieszeni. Daleko w tyle pozostawia nawet tak zdolnych zawodników jak Trump, Putin czy Erdogan. Nasz strategiczny geniusz zamienia się niestety w strasznego dziadunia, kompletnie zagubionego w nadwiślańskiej mgle, gdy przychodzi do rozgrywki o najżywotniejszy interes kraju. Przeistacza się wtedy we wsiowego głupka do tego stopnia, że budzi to uzasadnione podejrzenie co do jego najistotniejszej motywacji.
    To, że naczelnik nienawidzi Unii i traktuje ją jako strukturalną przeszkodę dla przekształcenia Polski w katolicko-narodowy bantustan pod swoją wyłączną kontrolą, to rzecz pewna. Niepewność sprowadza się do tego wyłącznie, co zamierza ze swoją nienawiścią zrobić w praktyce: gdzie szukać sojuszników i w jakie to miejsce zaprowadzić współobywateli, którzy od zawsze marzyli, by być pełnoprawną częścią bogatego i bezpiecznego Zachodu. Skrajnie nieudolne rozegranie sprawy Tuska zdradza i obnaża głębszą motywację właśnie - szlag z tym, czy pozostanie on na funkcji czy nie, ważne, żeby zrobić z niego zdrajcę narodu i łajdaka, a z Unii, którą ten renegat reprezentuje, groźnego wroga wolnej i niepodległej Polski, nielepszego od zaborców czy świętej pamięci Związku Radzieckiego. Skutecznie zohydzić Unię Europejską zdrowej części narodu: to jedyny strategiczny cel, jaki klarownie wyłania się z żałosnej brukselskiej awantury. 
   Jeśli Jarosława w ogóle nie obchodzą olbrzymie straty, jakie Polska ponosi w tej sprawie dziś, nietrudno się domyślić, że jeszcze większe nie spędzą mu snu z powiek w najbliższej i dalszej przyszłości. Dlaczego pisowska Polska nigdy nie będzie liderem Międzymorza, Wyszehradu, ani w ogóle niczego? Bo nasi bliżsi i dalsi środkowoeuropejscy sąsiedzi widzą w Unii swą najważniejszą i jedyną tak naprawdę szansę, a Kaczyński przeszedł już Rubikon i reprezentuje wyłącznie własne fobie i niewiarygodną megalomanię. Dlatego bez zahamowań zraża ich i obraża, zarzucając wysługiwanie się Niemcom. Zachwycona Marine Le Pen upatruje w nim najważniejszego sojusznika w zbożnym dziele rozwalania zjednoczonej Europy, a finansujący ją Putin kiwa z uznaniem głową - tu nie trzeba nawet dywersyjnych operacji, wystarczy siedzieć i czekać.
   Trudno uwierzyć, że jeszcze półtora roku temu Polska grała w Europie pierwsze skrzypce w ramach Trójkąta Weimarskiego, w szybkim tempie doszlusowując do pozycji Włoch i Hiszpanii, sprawnie reprezentując interesy nowych krajów i konsumując (to jeszcze chwilę potrwa) jedną czwartą funduszy spójności. Krajem nie kierowali wtedy żadni genialni stratedzy - Tusk jako premier konsumował najzwyczajniej w świecie znakomitą koniunkturę, jaka przy pomocy Angeli Merkel i po raz pierwszy w naszych dziejach przyjaznych Niemiec sama pchała mu się w ręce. Z prostej i szczerej do niego nienawiści Kaczyński nie zostawi z tego kamienia na kamieniu.
   Nie wierzcie bracia z PiSu i okolic, że ma on w głowie jakiś genialny alternatywny plan. Nie ma żadnego - będzie robił tajemnicze miny, konsekwentnie dążył do zniszczenia wykreowanych przez siebie wewnętrznych i zewnętrznych wrogów (wewnętrznych może i poturbuje, zewnętrznych nawet nie draśnie), skłóci nas ze wszystkimi prawdziwymi sojusznikami, po czym pozostawi sieroty po sobie w szemranej szarej strefie sam na sam z Putinem. Na końcu wspólnie z Macierewiczem ogłoszą, że Zachód nas zdradził, nie po raz pierwszy zresztą.  
   Krzyczeć, że jeszcze nie jest za późno, to mało. Podobnej szansy cywilizacyjnej i rozwojowej nie mieliśmy od czterystu lat, a cieszymy się nią raptem dwanaście, to jest przez ledwie pół jednego pokolenia. Wystawiać ją na szwank, z poważnym ryzykiem utraty na własne życzenie, to głupota nieprawdopodobna, wręcz zbrodnicza. Będziemy oglądać jej barwne przejawy w najbliższych miesiącach, może stracimy wreszcie cierpliwość. Jeśli w niezaczadzonej części zostały nam jeszcze resztki rozumu.
Paweł Kocięba-Żabski 

środa, 11 stycznia 2017

Kaczyński podarował właśnie Brukseli młotek na własną głowę, niestety na nasze również

     Na czym polega strategia polskiej prawicy wobec mlekodajnej Europy? Z grubsza na tym, że my czupurnie pokrzyczymy o złotej wolności, od której obcym wara, potrząśniemy szabelką, z niezrównanym sarmackim wdziękiem ich poobrażamy, a ona - jak to stara mądra ciotka - i tak będzie płacić i wspólnie z amerykańskim  wujem osłaniać nas przed zapędami potężniejącego Putina. Pomysł to śliczny w swej nonszalanckiej prostocie, obarczony wszakże dwoma felerami: nie można przeholować i się za bardzo podłożyć, bo zirytowana ciotka zakręci wreszcie życiodajny kurek i spuści nieznośnego siostrzeńca do kanału. Drugi feler ma charakter obiektywny: Unia się gwałtownie zmienia, szlachetny liberalny altruizm wyparowuje z niej w oczach - Aż tak wam się u nas nie podoba chytrieńcy panowie Sarmaci, to aufwiedersehen i szczęść Boże na nowej drodze życia.
   Gdyby Kaczyński był normalnym naczelnikiem chytrieńkich Sarmatów, grałby na wzór i podobieństwo węgierskiego chłopka-roztropka Orbana: dla węgierskiej publiki to mocny w gębie narodowiec, na brukselskich salonach jawi się ostrożny i układny - takiego za rękę nigdy nie złapiesz. Kaczyński normalnym naczelnikiem niestety nie jest i najżywotniejszy interes narodowy ma tam, gdzie i wzrost PKB. Dla doraźnego upokorzenia opozycji dopuścił do takiej formy uchwalenia budżetu, którą każdy, choć trochę niechętny Polsce wstającej z kolan z dziecinną łatwością podważy i skutecznie zakwestionuje. Naczelnik chwilowo triumfuje i wielce jest z siebie zadowolony - za pół roku może zderzyć się z bohaterskimi Sarmatami, którzy narodową dumę cenią ponad wszystko, ale sto kilkadziesiąt miliardów złotych trochę jakby bardziej. Doprowadził do tej głupoty, której akurat robić pod żadnym pozorem nie wolno.
    Długo debatowały nasze elity, jak to za rozwalenie Trybunału i pomiatanie Komisją Wenecką Bruksela ograniczyć nam może fundusze zapisane w najnowszej perspektywie, względnie surowiej je rozliczać. Debatowały po próżnicy, bo mądra ciotka Merkel robiła wszystko, by krajowi swego pupila Donalda krzywdy nie uczynić. Teraz - po chwalebnym głosowaniu w sali kolumnowej - sytuacja się radykalnie i nieodwołalnie zmieniła. "Dobra zmiana" dostarczyła wreszcie komisarzom niechętnym pisowskiej Polsce narzędzie proste jak budowa cepa.
     Każdy unijny projekt opiera się na większym lub mniejszym wkładzie własnym krajowego budżetu, centralnego bądź samorządowego. Jeśli ustawa budżetowa przyjęta została z poważnym naruszeniem prawa, racjonalnie reagujący komisarze mogą (i w zasadzie powinni) wstrzymać projekty do wyjaśnienia sytuacji. To wyjaśnianie potrwać może na przykład rok, a w międzyczasie spolegliwego Hollande'a zastąpi albo konserwatywny nacjonalista Fillon albo ultranacjonalistyczna Le Pen. Oboje skrajnie niechętni futrowaniu przez swojego podatnika wschodniej Europy, szczególnie tej zbuntowanej wobec Zachodu i jego wartości. W Niemczech przyjazna Polsce Merkel (przynajmniej tej normalnej) może albo przegrać czwartą kadencję albo wyjść z wyborów poturbowana i mocno osłabiona. Dobra ciotka rozpłynie się we mgle, do decydującego głosu dojdą wreszcie tak ukochane przez prawdziwych Polaków narodowe egoizmy i wielcy gracze przestaną bronić pisiorskiej władzy przed nią samą - skończy się pobłażliwość i cierpliwe czekanie na łaskawe opamiętanie Warszawy.
     W tym klimacie żoliborski geniusz narodowej strategii wystawia Polskę na prosty strzał - nie trzeba już używać atomowej broni artykułu siódmego, nie trzeba przejmować się ewentualnym wetem Orbana, wystarczy przyjąć kretyński prezent znad Wisły. Nienawidzący Europy politycy przyjęli ustawę budżetową obarczoną defektem, to Europa ze smutkiem przykręca kurek: nie trzeba do tego żadnego głosowania w Parlamencie ani Radzie Europejskiej, wystarczy decyzja Komisji. Kaczyński wyjdzie na durnia, a wierny pisowski druh Orban z przyjemnością przejmie dodatkowe środki.
     Gdyby nasza opozycja sprowokowała naczelnika świadomie, w wyniku misternie utkanego planu, byłby to prawdziwy majstersztyk, co prawda złowrogi dla kraju. Niestety uczynił to z głupkowatą miną poseł Szczerba, wypowiadając pamiętne słowa: panie Marszałku kochany, muzyka łagodzi obyczaje. 

niedziela, 8 stycznia 2017

Krótka historia o Mateuszu Kijowskim, czy też bardziej o nas samych

    Trudno orzec, czy afera wywołana życzliwą wysyłką kopii faktur Kijowskiego do kilkunastu redakcji więcej mówi o nim, czy też o kolegach z zarządu i szerzej - o nas wszystkich. Miesza się tu jak zawsze w polskim kociołku skrajna obłuda i fatalnie pojęta "wstydliwość" w sprawach finansowych, brak szczerości i cywilnej odwagi mówienia prawdy w oczy zainteresowanemu, wreszcie tchórzliwe donosicielstwo na towarzysza walki, w oczywisty sposób szkodzące całemu ruchowi obywatelskiego sprzeciwu wobec "dyktaturki" Jarosława.
    Chyba nie całkiem zapomnieliśmy, skąd wzięło się przywództwo Mateusza - najzwyczajniej w świecie on pierwszy zareagował na apel Krzysztofa Łozińskiego, pierwszy też nadał facebookowej fali ramy organizacyjne i profil ideowy. Mógł to zrobić każdy z nas, zrobił on. Gdyby uczynił to syn Frasyniuka albo Wałęsy, byłoby to może bardziej symboliczne; gdyby zrobił to chodzący ideał o wielkim doświadczeniu politycznym, byłoby wręcz fantastycznie. Faktem pozostaje, że tym razem przez płot przeskoczył Mateusz Kijowski. Zbiorowe zaszczuwanie go mocno się kojarzy niestety z zaszczuwaniem Wałęsy - z zachowaniem niezbędnych proporcji obaj dalecy są od świętości i obaj niemało narozrabiali. Bardzo łatwo dojść do tandetnego myślowo wniosku, że lepiej by było, gdyby na ich miejscu znalazł się ktoś inny. Sęk w tym, że się taki w odpowiednim czasie i miejscu nie znalazł: w związku z tym mogło się zdarzyć również tak, że "Solidarność" i KOD w ogóle by nie powstały. Nie chcę przez to powiedzieć, że komunizm by przez to  nie upadł, a PiS już nigdy nie byłby odsunięty od władzy - po prostu ta historia potoczyłaby się inaczej.
    Skąd w nas, tak ułomnych przecież urodzonych anarchistach, dziecinne oczekiwanie niezłomnej szlachetności od lidera? Czego to mianowicie jest przejaw? Sprecyzujmy: nasze wygórowane wymagania dotyczą lidera czy liderów, których wyniosła chwila, którzy nie terminowali przecież w politycznej czy publicznej robocie przez długie lata.
     Nie oszukujmy się: Kijowski swojego głupiego błędu nie popełnił w głębokiej konspiracji: ktoś z Komitetu Społecznego KOD podjął decyzję, ktoś faktury zaakceptował i zaksięgował, rzecz nie działa się w próżni; z drugiej strony jest oczywistością, że poświęcić 12 godzin dziennie ruchowi może społecznie poświęcić jedynie osoba zamożna - pozostali full-timerzy powinni pobierać wynagrodzenie, tak jak dzieje się to u Owsiaka czy w najzacniejszych fundacjach. W przeciwnym razie tworzymy sytuację absurdalną, pseudoszlachecko-honorową, której nie zrozumie żaden Duńczyk, Niemiec czy Francuz i w ogóle nikt poza Polską; niezależnie od tego jak bardzo sam osobiście jest ideowy. To, że część środków od sympatyków przeznaczana jest na ten cel jest równie naturalne jak pokrywanie z nich organizacyjnych publikacji, scen, nagłośnienia czy ulotek.
     Decyzji o normalnym wynagrodzeniu nie podjęto i wszystko potoczyło się klasycznym szlakiem polskiego piekiełka. Sam Kijowski wkomponował się w szlachetną konwencję, samemu w nią nie wierząc i zdecydował się na wariant najgorszy z możliwych - wystawiał faktury na firmę publicznie powtarzając, że w KODzie nikt pieniędzy nie bierze i brać nie powinien. Oczywiście, że powinien, jednakże po publicznej i otwartej dyskusji oraz odpowiedniej uchwale zarządu. Skutki są opłakane: Kijowskiego brutalnie rozliczają teraz znakomicie opłacani dziennikarze i politycy, ci drudzy z budżetowych publicznych pieniędzy. 
     Nie koniec na tym - tajemnicą poliszynela jest wodzowski styl Kijowskiego, pochopne usuwanie z KOD krytyków i inaczej myślących, trudności z partnerską współpracą. Jeśli część zarządu i działaczy w regionach miała tego serdecznie dosyć, rzeczą naturalną powinna być otwarta krytyka, wreszcie wystawienie w wyborach na szefa swojego kandydata, reprezentującego inny styl, być może bardziej radykalnego i twórczego politycznie. Tak właśnie powinno być; strzał zza węgła uprzejmym donosikiem do mediów tyleż jest obrzydliwy, co bezmyślny i szkodliwy politycznie; uderza w KOD jako całość i stanowi śliczny prezencik dla prezesa, bardzo mu teraz potrzebny.
     I jeszcze jedno: rasowe polityczne kadry nie nawiedzają nas z kosmosu, chętni a zdolni muszą długo terminować. W partyjniackich realiach negatywna selekcja stała się u nas normą, a w konsekwencji plagą i narastającą kompromitacją klasy politycznej jako całości. Kaczyński jako wielki negatywny demiurg zbudził z letargu idealistów, trzymających się do tej pory konsekwentnie z dala i na uboczu, w najlepszym przypadku w NGOsach albo ruchach miejskich. Gołym okiem widać to dziewictwo i jego ogromne koszty w KODzie właśnie. Skoro tak, trzeba zadać sobie najprostsze pytanie: kto zastąpić ma Kijowskiego i dlaczego ktokolwiek ma uwierzyć, że będzie od niego lepszy. Jeśli tej operacji myślowej się nie wykonało albo co gorsza zastąpić ma go ktoś przypadkowy (wedle zasady każdy, byle nie on), publiczne dyskredytowanie dotychczasowego szefa należy zaklasyfikować jako skrajną nieodpowiedzialność.
     Jednym słowem - konkurenci wystąp, z otwartą przyłbicą i jasnym programem. A dotychczasowy zarząd niech się uderzy również we własne piersi, a nie traktuje swego zaplecza jak urodzonych wczoraj naiwniaków. 
Paweł Kocięba-Żabski

sobota, 7 stycznia 2017

Kaczyński po mistrzowsku nas skłócił - po samobójach opozycji może wzbogacić kolekcję o Petru i Schetynę

     Smuta spadła na antypisowską Polskę w nowym roku znienacka, choć wtajemniczeni mądrale przygotowali ją z odpowiednim wyprzedzeniem - w końcu rezerwacje biletów na Maderę dostępne są zainteresowanym oficerom de facto online, a felerne fakturki pana Mateusza miesiącami czekały na właściwy moment. To, że zdołał pokłócić się z większością zarządu, mogłoby wskazywać na kontrolowany wyciek, jednak pamiętajmy, że każdą fakturę KODu bierze pod lupę skarbówka, a za jej uprzejmym pośrednictwem służby. Kierownictwo PiS słusznie uznało, że właściwsza okazja może się nie trafić.
     Nie wiadomo, co bardziej podziwiać: beztroskę graniczącą ze skretynieniem opozycyjnych liderów czy też niezrównaną obłudę żurnalistów ogłaszających koniec KODu i Nowoczesnej. A żeby tak wzięły się śledcze orły z Onetu i innych redakcji za państwowe spółki, których wszechstronny audyt Kamiński rozpoczął pół roku temu albo za bankrutujący ZUS! Znacznie prościej jednak żerować na gotowcach podrzuconych przez usłużnych funkcjonariuszy, strojąc przy tym srogie miny katonów.
      Strach pomyśleć jednak, jak Petru czy Kijowski zachować się mogą w sytuacjach groźniejszych, na przykład na czele państwa; myślenie na dwa ruchy do przodu wyraźnie przekracza ich możliwości, a to już nie jest kwestia nauki, lecz wrodzonych umysłowych kwalifikacji. Smutna to konstatacja, bo chodzi tu o jedynych u nas pierwszoligowych liderów młodego pokolenia, jacy objawili się po dobrej zmianie. Nieprzypadkowo mistrzunio zakulisowych operacji wicemarszałek Bielan obrabiać zaczął Ryszarda właśnie, suflując mu wyjście z sejmowego klinczu poprzez przyjęcie opozycyjnych poprawek do budżetu przez senat - wyraźnie zagrał tu na próżności Petru, któremu zależało na "ojcostwie" pomysłu i ubiegnięciu Schetyny, szczególnie po sylwestrowych wojażach. Nie przeszkadzało mu zupełnie ani to, że pomysł należał do Kosiniaka-Kamysza, ani też istotniejszy fakt, że tanio legalizuje w ten sposób bezprawie na sali kolumnowej. Byle szybko do kamer, byle wyprzedzić konkurentów i pokazać publice, że on nie jest od siedzenia w wyciemnionej i wyziębionej sali plenarnej, jeno od zakulisowej strategii dla kraju.
     Jakie korzyści wynieść ma z tej konstrukcji opozycja i rosnący w siłę obywatelski ruch sprzeciwu? Nad tym Petru nie zdążył się zastanowić, bo Kaczyński za darmo legalizuje w ten sposób budżetową groteskę z 16 grudnia, pokazując jednocześnie urbi et orbi swą przyjazną i dobrotliwą twarz. Na sali kolumnowej pod presją rozdrażnionego prezesa marszałek Kuchciński popełnił wszystkie możliwe błędy: widać je gołym okiem w nieszczęsnym protokole, w którym głosy liczą nieobecni posłowie, znalazł się także przecież (a wcale nie musiał) wykrzyczany w rozgardiaszu wniosek Nitrasa o indywidualne głosowanie poprawek. Jeśli dodać do tego podpisywanie listy obecności przez Ziobrę, Kamińskiego, Zielińskiego i kilkunastu innych godzinę po zakończeniu obrad (złamanie regulaminu, ale też oczywiste przestępstwo przeciwko dokumentom), opozycja dostała od PiS naprawdę mocne karty; jak zawsze, gdy uda się wyprowadzić Kaczyńskiego z równowagi.
      Polityk od tego jest, aby mocne karty rozgrywać, nie rzucać ich przedwcześnie na stół. A co ze zjednoczoną opozycją? Jest to wartość bezwzględnie kluczowa dla przyszłości, jedyna chyba mocna strona dwutygodniowego wysiadywania w sali plenarnej - młodzi PO i Nowoczesnej poczuli siłę, jaką daje wspólna opozycyjna tożsamość zjednoczona z ruchem obywatelskim, przeżyli wreszcie antypisowski bunt pokoleniowy. Boi się tego słusznie Schetyna, który wyraźnie stracił inicjatywę na rzecz młodych radykałów; na tej fali powinien popłynąć Petru, jako (teoretycznie) ich naturalny lider. Zamiast tego demonstruje portugalską prywatę i daje się nabierać na gierki Bielana. Oj, łaknie nasza opozycja zdolnych liderów jak kania dżdżu; kłócić się o premiera będą potem, na razie idzie ku temu, że Jarosław rozegra ich jak dzieci.
      Problem wątpliwego budżetu dotarł do Kaczyńskiego już przed świętami. Całe życie zajmował się skłócaniem i dzieleniem politycznych przeciwników oraz własnego otoczenia, do perfekcji to opanował, jednak zawsze odbywać się to miało na jego warunkach. Koszmarne błędy popełnione na sali kolumnowej powodują, że warunki niekoniecznie są jego, a potencjalne ryzyko trudno obliczyć. Aparat PiS pragnie we względnym komforcie spożywać owoce zwycięstwa, spokojny o to, że góra wie, co robi. Niezrozumiała awantura o legalność budżetu podrywa autorytet rządu i kierownictwa ("przecież mamy bezpieczną większość do cholery"), jednocześnie skutkować może wszystkim albo niczym, zależnie od rozwoju sytuacji międzynarodowej. Gdyby w razie zaostrzenia konfliktu z Brukselą ktoś szukał pretekstu do zablokowania funduszy unijnych dla Polski, lepszego nie znajdzie. To samo dotyczy obsługi zadłużenia i Bóg wie, czego jeszcze. 
     
      Bielan nie przypadkiem dostał zielone światło na swoje podchody - opozycja powinna po pierwsze pilnować jedności, po drugie chłodno kalkulować.