środa, 11 stycznia 2017

Kaczyński podarował właśnie Brukseli młotek na własną głowę, niestety na nasze również

     Na czym polega strategia polskiej prawicy wobec mlekodajnej Europy? Z grubsza na tym, że my czupurnie pokrzyczymy o złotej wolności, od której obcym wara, potrząśniemy szabelką, z niezrównanym sarmackim wdziękiem ich poobrażamy, a ona - jak to stara mądra ciotka - i tak będzie płacić i wspólnie z amerykańskim  wujem osłaniać nas przed zapędami potężniejącego Putina. Pomysł to śliczny w swej nonszalanckiej prostocie, obarczony wszakże dwoma felerami: nie można przeholować i się za bardzo podłożyć, bo zirytowana ciotka zakręci wreszcie życiodajny kurek i spuści nieznośnego siostrzeńca do kanału. Drugi feler ma charakter obiektywny: Unia się gwałtownie zmienia, szlachetny liberalny altruizm wyparowuje z niej w oczach - Aż tak wam się u nas nie podoba chytrieńcy panowie Sarmaci, to aufwiedersehen i szczęść Boże na nowej drodze życia.
   Gdyby Kaczyński był normalnym naczelnikiem chytrieńkich Sarmatów, grałby na wzór i podobieństwo węgierskiego chłopka-roztropka Orbana: dla węgierskiej publiki to mocny w gębie narodowiec, na brukselskich salonach jawi się ostrożny i układny - takiego za rękę nigdy nie złapiesz. Kaczyński normalnym naczelnikiem niestety nie jest i najżywotniejszy interes narodowy ma tam, gdzie i wzrost PKB. Dla doraźnego upokorzenia opozycji dopuścił do takiej formy uchwalenia budżetu, którą każdy, choć trochę niechętny Polsce wstającej z kolan z dziecinną łatwością podważy i skutecznie zakwestionuje. Naczelnik chwilowo triumfuje i wielce jest z siebie zadowolony - za pół roku może zderzyć się z bohaterskimi Sarmatami, którzy narodową dumę cenią ponad wszystko, ale sto kilkadziesiąt miliardów złotych trochę jakby bardziej. Doprowadził do tej głupoty, której akurat robić pod żadnym pozorem nie wolno.
    Długo debatowały nasze elity, jak to za rozwalenie Trybunału i pomiatanie Komisją Wenecką Bruksela ograniczyć nam może fundusze zapisane w najnowszej perspektywie, względnie surowiej je rozliczać. Debatowały po próżnicy, bo mądra ciotka Merkel robiła wszystko, by krajowi swego pupila Donalda krzywdy nie uczynić. Teraz - po chwalebnym głosowaniu w sali kolumnowej - sytuacja się radykalnie i nieodwołalnie zmieniła. "Dobra zmiana" dostarczyła wreszcie komisarzom niechętnym pisowskiej Polsce narzędzie proste jak budowa cepa.
     Każdy unijny projekt opiera się na większym lub mniejszym wkładzie własnym krajowego budżetu, centralnego bądź samorządowego. Jeśli ustawa budżetowa przyjęta została z poważnym naruszeniem prawa, racjonalnie reagujący komisarze mogą (i w zasadzie powinni) wstrzymać projekty do wyjaśnienia sytuacji. To wyjaśnianie potrwać może na przykład rok, a w międzyczasie spolegliwego Hollande'a zastąpi albo konserwatywny nacjonalista Fillon albo ultranacjonalistyczna Le Pen. Oboje skrajnie niechętni futrowaniu przez swojego podatnika wschodniej Europy, szczególnie tej zbuntowanej wobec Zachodu i jego wartości. W Niemczech przyjazna Polsce Merkel (przynajmniej tej normalnej) może albo przegrać czwartą kadencję albo wyjść z wyborów poturbowana i mocno osłabiona. Dobra ciotka rozpłynie się we mgle, do decydującego głosu dojdą wreszcie tak ukochane przez prawdziwych Polaków narodowe egoizmy i wielcy gracze przestaną bronić pisiorskiej władzy przed nią samą - skończy się pobłażliwość i cierpliwe czekanie na łaskawe opamiętanie Warszawy.
     W tym klimacie żoliborski geniusz narodowej strategii wystawia Polskę na prosty strzał - nie trzeba już używać atomowej broni artykułu siódmego, nie trzeba przejmować się ewentualnym wetem Orbana, wystarczy przyjąć kretyński prezent znad Wisły. Nienawidzący Europy politycy przyjęli ustawę budżetową obarczoną defektem, to Europa ze smutkiem przykręca kurek: nie trzeba do tego żadnego głosowania w Parlamencie ani Radzie Europejskiej, wystarczy decyzja Komisji. Kaczyński wyjdzie na durnia, a wierny pisowski druh Orban z przyjemnością przejmie dodatkowe środki.
     Gdyby nasza opozycja sprowokowała naczelnika świadomie, w wyniku misternie utkanego planu, byłby to prawdziwy majstersztyk, co prawda złowrogi dla kraju. Niestety uczynił to z głupkowatą miną poseł Szczerba, wypowiadając pamiętne słowa: panie Marszałku kochany, muzyka łagodzi obyczaje. 

niedziela, 8 stycznia 2017

Krótka historia o Mateuszu Kijowskim, czy też bardziej o nas samych

    Trudno orzec, czy afera wywołana życzliwą wysyłką kopii faktur Kijowskiego do kilkunastu redakcji więcej mówi o nim, czy też o kolegach z zarządu i szerzej - o nas wszystkich. Miesza się tu jak zawsze w polskim kociołku skrajna obłuda i fatalnie pojęta "wstydliwość" w sprawach finansowych, brak szczerości i cywilnej odwagi mówienia prawdy w oczy zainteresowanemu, wreszcie tchórzliwe donosicielstwo na towarzysza walki, w oczywisty sposób szkodzące całemu ruchowi obywatelskiego sprzeciwu wobec "dyktaturki" Jarosława.
    Chyba nie całkiem zapomnieliśmy, skąd wzięło się przywództwo Mateusza - najzwyczajniej w świecie on pierwszy zareagował na apel Krzysztofa Łozińskiego, pierwszy też nadał facebookowej fali ramy organizacyjne i profil ideowy. Mógł to zrobić każdy z nas, zrobił on. Gdyby uczynił to syn Frasyniuka albo Wałęsy, byłoby to może bardziej symboliczne; gdyby zrobił to chodzący ideał o wielkim doświadczeniu politycznym, byłoby wręcz fantastycznie. Faktem pozostaje, że tym razem przez płot przeskoczył Mateusz Kijowski. Zbiorowe zaszczuwanie go mocno się kojarzy niestety z zaszczuwaniem Wałęsy - z zachowaniem niezbędnych proporcji obaj dalecy są od świętości i obaj niemało narozrabiali. Bardzo łatwo dojść do tandetnego myślowo wniosku, że lepiej by było, gdyby na ich miejscu znalazł się ktoś inny. Sęk w tym, że się taki w odpowiednim czasie i miejscu nie znalazł: w związku z tym mogło się zdarzyć również tak, że "Solidarność" i KOD w ogóle by nie powstały. Nie chcę przez to powiedzieć, że komunizm by przez to  nie upadł, a PiS już nigdy nie byłby odsunięty od władzy - po prostu ta historia potoczyłaby się inaczej.
    Skąd w nas, tak ułomnych przecież urodzonych anarchistach, dziecinne oczekiwanie niezłomnej szlachetności od lidera? Czego to mianowicie jest przejaw? Sprecyzujmy: nasze wygórowane wymagania dotyczą lidera czy liderów, których wyniosła chwila, którzy nie terminowali przecież w politycznej czy publicznej robocie przez długie lata.
     Nie oszukujmy się: Kijowski swojego głupiego błędu nie popełnił w głębokiej konspiracji: ktoś z Komitetu Społecznego KOD podjął decyzję, ktoś faktury zaakceptował i zaksięgował, rzecz nie działa się w próżni; z drugiej strony jest oczywistością, że poświęcić 12 godzin dziennie ruchowi może społecznie poświęcić jedynie osoba zamożna - pozostali full-timerzy powinni pobierać wynagrodzenie, tak jak dzieje się to u Owsiaka czy w najzacniejszych fundacjach. W przeciwnym razie tworzymy sytuację absurdalną, pseudoszlachecko-honorową, której nie zrozumie żaden Duńczyk, Niemiec czy Francuz i w ogóle nikt poza Polską; niezależnie od tego jak bardzo sam osobiście jest ideowy. To, że część środków od sympatyków przeznaczana jest na ten cel jest równie naturalne jak pokrywanie z nich organizacyjnych publikacji, scen, nagłośnienia czy ulotek.
     Decyzji o normalnym wynagrodzeniu nie podjęto i wszystko potoczyło się klasycznym szlakiem polskiego piekiełka. Sam Kijowski wkomponował się w szlachetną konwencję, samemu w nią nie wierząc i zdecydował się na wariant najgorszy z możliwych - wystawiał faktury na firmę publicznie powtarzając, że w KODzie nikt pieniędzy nie bierze i brać nie powinien. Oczywiście, że powinien, jednakże po publicznej i otwartej dyskusji oraz odpowiedniej uchwale zarządu. Skutki są opłakane: Kijowskiego brutalnie rozliczają teraz znakomicie opłacani dziennikarze i politycy, ci drudzy z budżetowych publicznych pieniędzy. 
     Nie koniec na tym - tajemnicą poliszynela jest wodzowski styl Kijowskiego, pochopne usuwanie z KOD krytyków i inaczej myślących, trudności z partnerską współpracą. Jeśli część zarządu i działaczy w regionach miała tego serdecznie dosyć, rzeczą naturalną powinna być otwarta krytyka, wreszcie wystawienie w wyborach na szefa swojego kandydata, reprezentującego inny styl, być może bardziej radykalnego i twórczego politycznie. Tak właśnie powinno być; strzał zza węgła uprzejmym donosikiem do mediów tyleż jest obrzydliwy, co bezmyślny i szkodliwy politycznie; uderza w KOD jako całość i stanowi śliczny prezencik dla prezesa, bardzo mu teraz potrzebny.
     I jeszcze jedno: rasowe polityczne kadry nie nawiedzają nas z kosmosu, chętni a zdolni muszą długo terminować. W partyjniackich realiach negatywna selekcja stała się u nas normą, a w konsekwencji plagą i narastającą kompromitacją klasy politycznej jako całości. Kaczyński jako wielki negatywny demiurg zbudził z letargu idealistów, trzymających się do tej pory konsekwentnie z dala i na uboczu, w najlepszym przypadku w NGOsach albo ruchach miejskich. Gołym okiem widać to dziewictwo i jego ogromne koszty w KODzie właśnie. Skoro tak, trzeba zadać sobie najprostsze pytanie: kto zastąpić ma Kijowskiego i dlaczego ktokolwiek ma uwierzyć, że będzie od niego lepszy. Jeśli tej operacji myślowej się nie wykonało albo co gorsza zastąpić ma go ktoś przypadkowy (wedle zasady każdy, byle nie on), publiczne dyskredytowanie dotychczasowego szefa należy zaklasyfikować jako skrajną nieodpowiedzialność.
     Jednym słowem - konkurenci wystąp, z otwartą przyłbicą i jasnym programem. A dotychczasowy zarząd niech się uderzy również we własne piersi, a nie traktuje swego zaplecza jak urodzonych wczoraj naiwniaków. 
Paweł Kocięba-Żabski

sobota, 7 stycznia 2017

Kaczyński po mistrzowsku nas skłócił - po samobójach opozycji może wzbogacić kolekcję o Petru i Schetynę

     Smuta spadła na antypisowską Polskę w nowym roku znienacka, choć wtajemniczeni mądrale przygotowali ją z odpowiednim wyprzedzeniem - w końcu rezerwacje biletów na Maderę dostępne są zainteresowanym oficerom de facto online, a felerne fakturki pana Mateusza miesiącami czekały na właściwy moment. To, że zdołał pokłócić się z większością zarządu, mogłoby wskazywać na kontrolowany wyciek, jednak pamiętajmy, że każdą fakturę KODu bierze pod lupę skarbówka, a za jej uprzejmym pośrednictwem służby. Kierownictwo PiS słusznie uznało, że właściwsza okazja może się nie trafić.
     Nie wiadomo, co bardziej podziwiać: beztroskę graniczącą ze skretynieniem opozycyjnych liderów czy też niezrównaną obłudę żurnalistów ogłaszających koniec KODu i Nowoczesnej. A żeby tak wzięły się śledcze orły z Onetu i innych redakcji za państwowe spółki, których wszechstronny audyt Kamiński rozpoczął pół roku temu albo za bankrutujący ZUS! Znacznie prościej jednak żerować na gotowcach podrzuconych przez usłużnych funkcjonariuszy, strojąc przy tym srogie miny katonów.
      Strach pomyśleć jednak, jak Petru czy Kijowski zachować się mogą w sytuacjach groźniejszych, na przykład na czele państwa; myślenie na dwa ruchy do przodu wyraźnie przekracza ich możliwości, a to już nie jest kwestia nauki, lecz wrodzonych umysłowych kwalifikacji. Smutna to konstatacja, bo chodzi tu o jedynych u nas pierwszoligowych liderów młodego pokolenia, jacy objawili się po dobrej zmianie. Nieprzypadkowo mistrzunio zakulisowych operacji wicemarszałek Bielan obrabiać zaczął Ryszarda właśnie, suflując mu wyjście z sejmowego klinczu poprzez przyjęcie opozycyjnych poprawek do budżetu przez senat - wyraźnie zagrał tu na próżności Petru, któremu zależało na "ojcostwie" pomysłu i ubiegnięciu Schetyny, szczególnie po sylwestrowych wojażach. Nie przeszkadzało mu zupełnie ani to, że pomysł należał do Kosiniaka-Kamysza, ani też istotniejszy fakt, że tanio legalizuje w ten sposób bezprawie na sali kolumnowej. Byle szybko do kamer, byle wyprzedzić konkurentów i pokazać publice, że on nie jest od siedzenia w wyciemnionej i wyziębionej sali plenarnej, jeno od zakulisowej strategii dla kraju.
     Jakie korzyści wynieść ma z tej konstrukcji opozycja i rosnący w siłę obywatelski ruch sprzeciwu? Nad tym Petru nie zdążył się zastanowić, bo Kaczyński za darmo legalizuje w ten sposób budżetową groteskę z 16 grudnia, pokazując jednocześnie urbi et orbi swą przyjazną i dobrotliwą twarz. Na sali kolumnowej pod presją rozdrażnionego prezesa marszałek Kuchciński popełnił wszystkie możliwe błędy: widać je gołym okiem w nieszczęsnym protokole, w którym głosy liczą nieobecni posłowie, znalazł się także przecież (a wcale nie musiał) wykrzyczany w rozgardiaszu wniosek Nitrasa o indywidualne głosowanie poprawek. Jeśli dodać do tego podpisywanie listy obecności przez Ziobrę, Kamińskiego, Zielińskiego i kilkunastu innych godzinę po zakończeniu obrad (złamanie regulaminu, ale też oczywiste przestępstwo przeciwko dokumentom), opozycja dostała od PiS naprawdę mocne karty; jak zawsze, gdy uda się wyprowadzić Kaczyńskiego z równowagi.
      Polityk od tego jest, aby mocne karty rozgrywać, nie rzucać ich przedwcześnie na stół. A co ze zjednoczoną opozycją? Jest to wartość bezwzględnie kluczowa dla przyszłości, jedyna chyba mocna strona dwutygodniowego wysiadywania w sali plenarnej - młodzi PO i Nowoczesnej poczuli siłę, jaką daje wspólna opozycyjna tożsamość zjednoczona z ruchem obywatelskim, przeżyli wreszcie antypisowski bunt pokoleniowy. Boi się tego słusznie Schetyna, który wyraźnie stracił inicjatywę na rzecz młodych radykałów; na tej fali powinien popłynąć Petru, jako (teoretycznie) ich naturalny lider. Zamiast tego demonstruje portugalską prywatę i daje się nabierać na gierki Bielana. Oj, łaknie nasza opozycja zdolnych liderów jak kania dżdżu; kłócić się o premiera będą potem, na razie idzie ku temu, że Jarosław rozegra ich jak dzieci.
      Problem wątpliwego budżetu dotarł do Kaczyńskiego już przed świętami. Całe życie zajmował się skłócaniem i dzieleniem politycznych przeciwników oraz własnego otoczenia, do perfekcji to opanował, jednak zawsze odbywać się to miało na jego warunkach. Koszmarne błędy popełnione na sali kolumnowej powodują, że warunki niekoniecznie są jego, a potencjalne ryzyko trudno obliczyć. Aparat PiS pragnie we względnym komforcie spożywać owoce zwycięstwa, spokojny o to, że góra wie, co robi. Niezrozumiała awantura o legalność budżetu podrywa autorytet rządu i kierownictwa ("przecież mamy bezpieczną większość do cholery"), jednocześnie skutkować może wszystkim albo niczym, zależnie od rozwoju sytuacji międzynarodowej. Gdyby w razie zaostrzenia konfliktu z Brukselą ktoś szukał pretekstu do zablokowania funduszy unijnych dla Polski, lepszego nie znajdzie. To samo dotyczy obsługi zadłużenia i Bóg wie, czego jeszcze. 
     
      Bielan nie przypadkiem dostał zielone światło na swoje podchody - opozycja powinna po pierwsze pilnować jedności, po drugie chłodno kalkulować.

wtorek, 22 listopada 2016

Co łączy łagiewnicką intronizację i smoleńskie ekshumacje z reformą edukacji

Co więc może łączyć nałożenie na chrystusowe skronie polskiej korony, pięknie rozkręcające się smoleńskie ekshumacje i pisowską galopującą reformę oświaty? Wspólnych mianowników jest wiele, kluczowym jednak wydaje się niewiarygodny infantylizm wtórny, w jaki wpędzić nas chcą nasi nowi władcy; za sojusznika mają w tym zbożnym dziele dominującą część polskiego kościoła katolickiego, z konferencją plenarną episkopatu na czele. Infantylizm to rzecz dla rządzących znakomita - w Polsce od niepamiętnych czasów nadreprezentowana, jednak - jak się okazuje - ciągle o wiele za mało. Jeśli w tej chwili myślących po "dziecięcemu" jest - przyjmijmy roboczo - 30 procent, to władza wzorowo sprzężona z biskupami życzy sobie, by było ich przynajmniej stabilne 60; wtedy piecza doczesna i duchowa nad rodakami będzie wreszcie stabilna, a jej sprawowanie stanie się dla nowej narodowo-katolickiej elity prawdziwą i niewątpliwą przyjemnością. Jak udowodnił Trump, cyfrowe media jedynie ułatwiają i znacząco przyspieszają ideologiczną obróbkę materiału.
Bracia Grimm twórczo wyprzedzili tę śmiałą koncepcję, jednakże przeklęta germańska prostolinijność kazała im głównie straszyć (wtedy przede wszystkim dzieci) złem, wcielonym w baśniowe postaci i epatującym atmosferą grozy - przygotować to miało nieletnich na to, co zdominuje niebawem ich dorosłe życie. Nasi "grimmowcy" zdecydowanie preferują tradycję rosyjską: tam Kryłow z towarzyszami po mistrzowsku potrafili zarysować to co czarne i po manichejsku przeciwstawić mu słodycz prawdziwego dobra, najlepiej w postaci cara bądź carewicza.
Nasz episkopat jeszcze całkiem niedawno (konferencja episkopatu dwukrotnie się wtedy w tej kwestii wypowiadała, ostatnio w 2013) zgodnie i logicznie uznawał, że rosnące po parafiach ruchy intronizacyjne są szlachetne, lecz w szlachetności swej błądzą - wszak "katolicki" znaczy powszechny, Chrystus ze swej boskiej natury jest panem wszechświata i wszelkiego stworzenia, więc koronowanie go na władcę Polski, czy powiedzmy Bułgarii, przynosi Mu mimowolny uszczerbek, dość przy tym groteskowy. Przecież nawet wspomniane wyżej dziecko rozumie, że z dwóch stron granicy raczej nie powinni na siebie spoglądać dwaj koronowani Zbawiciele: jeden nasz polski, a drugi dla przykładu niemiecki. Jeszcze parę lat temu biskupi pozwalali nadgorliwym katolickim posłom wyżywać się w uznawaniu świętego Jana z Dukli (tego, co lewitując nad murami Lwowa odstraszył Tatarów) za patrona roku naszego parlamentu, jednak nie godzili się na operacje dotykające najgłębszego sedna chrześcijaństwa. Najdobitniej wyraził to arcybiskup Sławoj Leszek Głódź wobec posła Górskiego: "niech krawcy krają, murarze murują, a posłowie zajmują się swoją robotą, sprawy wiary pozostawiając fachowcom".
Na przełomie roku episkopat zmienił zdanie, posypał nawet głowę popiołem i uznał w niezrównanej pokorze wyższość "intronizacyjnego" ludu, słowem gorącej ludowej pobożności. Żeby było dobitniej aktu intronizacji dokonano w Łagiewnikach, jeszcze dekadę temu symbolu kościoła oświeconego, a rolę mistrza ceremonii złożono w ręce kardynała Dziwisza, niegdyś uważanego za jego filar, w kontrze do rydzykowego Torunia. Pamiętamy przecież pielgrzymki cudownie nawróconych Tuska ze Schetyną wraz z całym klubem do tegoż sanktuarium, gdy kamera z lubością pokazywała ich rozmodlone oblicza. O tempora, o mores...
Teraz kardynał w jedności z polskim prezydentem i rządem oddają tron polski Chrystusowi, On zaś na szczęście milczy.
Wielu niepotrzebnie pyta, skąd zaciekłość Naczelnika Państwa Jarosława w mordowaniu gimnazjów, które jeszcze dekadę wstecz bardzo mu się podobały. Przymusza on minister Annę Zalewską do sprintu po trupach, narażając swój obóz polityczny na narastający gniew środowiska, samorządów i rodziców. Dlaczego? Bo po reformie 7,5 tysiąca nowych dyrektorów zajmie się lepieniem nowego Polaka, a lepić go będą poprzez posłusznych już i zdyscyplinowanych nauczycieli, z wykorzystaniem nowych podręczników, napisanych wedle narodowo-katolickiego strychulca. Piszę "katolickiego", z pełną świadomością tego, co o podobnym mariażu tronu i ołtarza myśleć może papież Franciszek; bo co o tym myślą w niebie, prędko się nie dowiemy.
A skąd zaciekłość w absurdalnych ekshumacjach, stanowiących przecież w każdej religii głęboką profanację? Cezary Michalski twierdzi, że przyszły symboliczny pogrzeb smoleńskich męczenników posłuży jako akt założycielski nowej Polski. Może i tak, ale znając złośliwą przebiegłość Naczelnika Jarosława, chodzi również o pokazanie biskupom, kto będzie przyszłym koryfeuszem - teraz milczycie wobec świętokradztwa i tak już pozostanie, bo nigdy nie odważycie się na frontalną konfrontację z reprezentantem "suwerena". Nie trzeba dodawać, że nie za darmo - na razie widzimy, w jak obrzydliwy sposób korumpowane są rodziny ekshumowanych.
Oczyma duszy widzę już produkt tych ideologiczno-pedagogicznych operacji, nawet niekoniecznie przyodziany w mundurek OT Macierewicza - ot taki marsz narodowców pomnożony razy sto, prowadzony pewną i niezawodną ręką Wodza.

niedziela, 20 listopada 2016

Gospodarka gwałtownie hamuje, Morawiecki bajki opowiada, a Kaczyński po staremu biznesu tyleż nie rozumie, co nienawidzi

Rzeszowski kongres, mający zjednoczyć polski biznes z prezydentem Dudą i rządem PiS, obradował w atmosferze nieuchronnej dwuznaczności. Płynące ze złotych ust pierwszego wicepremiera (chyba się Gliński z Gowinem nie obrażą) wezwania "kochajmy się", okraszone "konstytucją", którą zawiesić on każe w każdym urzędzie skarbowym, zderzyły się bowiem z gwałtownym tąpnięciem drugiego półrocza (niecałe 2,5% wzrostu PKB wobec zakładanych w budżecie 3,8), a jeszcze bardziej z interpretacją tego zjawiska, którą Kaczyński ogłosił w rządowej telewizji na dwie godziny przed uroczystym otwarciem imprezy. Naczelnik nie przebierał w słowach: o słabiutki wynik oskarżył sabotażystów-prezesów prywatnych firm i ich kolegów-sabotażystów w samorządach. - Ci panowie - powiada - blokują inwestycje, bo liczą na powrót starego porządku, ale się go nie doczekają.
Ludzie przyjechali, żeby z pierwszej ręki dowiedzieć się czegoś o przyszłorocznych podatkach; usłyszeli jak zwykle farmazony dwóch figurantów, którzy jeszcze nie zostali poinstruowani, jak wyglądać będą konkrety.
Dwugłos Naczelnika i wicepremiera tym bardziej uderzał po uszach, że Morawiecki przyzwyczaił już publiczność do swej wątpliwej jakości poezji, a Kaczyński z Ziobrą trzymają się jednak konsekwentnie prozy. Wicepremier najpierw bajał o milionie polskich elektrycznych bolidów i przyszłej potędze naszych narodowych czeboli, potem wizje jego zwróciły się ku kumulacji oszczędności rodaków, którą pisiorska władza obróci w wielkie inwestycje, przyćmiewające przedwojenny COP z Gdynią Kwiatkowskiego. W międzyczasie premier Szydło przeprowadziła socjalne rozdawnictwo za ponad 150 mld licząc (lekko) do końca kadencji, a sam Morawiecki pracowicie kompromitował się kolejnymi prognozami wzrostu PKB, sprzężonego przecież bezpośrednio z przychodami budżetu: w maju zapewniał, że będzie 3,8, pod koniec lata pewne i pancerne 3,4, we wrześniu natomiast, że z całą pewnością będzie powyżej 3. Gdy się okazało, że w trzecim kwartale nie ma nawet 2,5, oświadczył, że przyrost PKB nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, a budżet jest i pozostanie niezagrożony. Mówiąc językiem przedszkolaków: wydamy dużo więcej, długofalowo zarobimy dużo mniej, lecz to nie szkodzi, bo i tak będziemy potężnie inwestować.
Dodać też należy, że to gwałtowne załamanie wzrostu dotyczy jedynie Polski, stanowi oczywisty rezultat pisowskiej polityki - dla porównania analogiczne wyniki najbardziej uderzonych kryzysem Irlandii i Hiszpanii to odpowiednio 4,1 oraz 3,2.
Wicepremier wraz z prezydentem Dudą w rzeszowskiej "konstytucji biznesu" bają teraz o chwalebnym niedziałaniu prawa wstecz, domniemaniu niewinności, rozstrzyganiu wątpliwości na korzyść podatnika, ograniczeniu kontroli i przyjaznej do bólu skarbówce; w tym samym czasie przez sejm migiem przechodzi komplet ustaw tzw. uszczelniających VAT, po których przyjęciu kolejnych 50 tysięcy naszych firm odnajdziemy zaraz po czeskiej i słowackiej stronie. Przewidują one m.in. 25 lat więzienia za oszustwo dużej skali (razi niewspółmiernością, ale teoretycznie uderzy w gangi), bezwzględne więzienie za wystawienie "pustej" faktury, przepadek mienia dla firm księgowych w razie wykrycia nieprawidłowości; wcześniej już Ziobro przeforsował możliwość zajmowania kont i komisarycznego zarządu dla podmiotów, którym podległy mu prokurator zarzuci pochodzenie jakiejkolwiek części obrotu z działalności przestępczej - trzeba mieć w związku z tym prześwietlonego każdego kontrahenta. Pozostaje życzliwie polecić naszym przedsiębiorcom intensywne trenowanie sportów ekstremalnych.
Wnioski narzucają się same: złotousty wicepremier służy głównie do mydlenia oczu naiwnym, Kaczyński już całkiem serio chce przykręcić przedsiębiorcom śrubę, traktując ich jako element genetycznie podejrzany ("jeśli ktoś u nas ma pieniądze, to skądś je ma"), względnie dojną krowę na potrzeby socjalnego rozdawnictwa. Załamanie inwestycji jest naturalną reakcją właścicieli firm na niepewność sytuacji i reguł gry. Konia z rzędem temu, kto powie coś mądrego o przyszłorocznych podatkach: w tej mierze Kowalczyk opowiada swoje, Morawiecki swoje, wszystko przykrywa wspaniała wizja podatku jednolitego, o którym nic nie wiadomo, poza tym, że rosnącą dziurę czymś trzeba będzie zasypać. Wielkie inwestycje infrastrukturalne wyglądają fatalnie, bo wymienione ministerialne kadry boją się własnego cienia, samorządy wojewódzkie przeszły niedawno "rutynowe" kontrole CBA, a gminne już myślą o kosztach reformy oświatowej.
Jednym słowem - przychody budżetu będą maleć, wydatki znacząco rosnąć, z giełdy już wyparowało 50 miliardów; wszystko to oznacza niebywały sukces planu naszego ucznia czarnoksiężnika - natchnionego wizjonera Mateusza Morawieckiego.
I jeszcze jedno - obecne załamanie to nasze wewnętrzne narodowe osiągnięcie, prosty efekt wyborczego zwycięstwa populistów. Co się stanie, gdy we w Francji wygra Marine Le Pen i zablokuje czy choćby radykalnie ograniczy unijne środki dla wschodniej Europy, lepiej w ogóle nie myśleć. Lepiej nie myśleć też o konsekwencjach trumpizmu, gdyby doprowadzić on miał do wojny celnej z Chinami i załamania przez to kruchej koniunktury światowej. Wtedy Kaczyński uzyska dla swego szkodnictwa prawdziwe alibi. 

środa, 9 listopada 2016

Czarna seria trwa - po Kaczyńskim w polskiej mikroskali, Brexit i Trump w makro; teraz Mordor zaatakuje Austrię i Francję

Nie ma najmniejszego sensu biadolić, bo diagnoza jest oczywista: Mordor ciągle w natarciu, siły jasności zbierają łomot po łomocie i powoli tracą orientację nie tylko co do właściwej strategii, lecz również co do tego, kto i z której strony da im jutro rano w łeb. Poprawność polityczna, czyli na ludzki język przekładając minimum szacunku (choćby udawanego) dla przeciwników, wszelkich mniejszości, tak zwanych słabszych czy osób bądź środowisk, które "patriotom" aktualnie podpadły, na naszych oczach staje się niechybnym gwoździem do trumny na politycznej scenie. Przecież "swój chłop" powie krótko i zwięźle, jak jest, rzuci umiarkowanym bluzgiem, rasistowskim czy seksistowskim żarcikiem poprawi, poklepie po plecach albo pupie i ...jak na razie zwycięstwo ma w kieszeni, niezależnie od tego, czy gra idzie o funkcję szeryfa w Nebrasce czy dysponenta nuklearnych kodów. 
Gdzie szukać ratunku, nikt nie wie, a popłoch jest kiepskim doradcą. Jutro wybory w Austrii, a pojutrze w superważnej dla naszego bezpieczeństwa Francji; tym ważniejszej, jeśli Trump stworzy z Putinem wesoły duet silnych facetów, robiących interesy wyłącznie w klubie sobie podobnych (Chiny, Japonia, Niemcy po Merkel?) Jeśli i w starej dobrej Francji górę weźmie Mordor, stanie się już absolutnie jasne, że brudnej brunatnej fali nie zatrzyma byle kto. Nie zatrzymała jej ciocia Hillary, która nawet nie umiała wyjść na trybunę i podziękować swoim ludziom, nie zatrzyma okrąglutki Holland obdarzony charyzmą pekińczyka, nie zatrzyma też nikt z obecnej generacji polityków do bólu nijakich, których do władzy wynosi zazdrosna partyjna wierchuszka albo - co gorsza - układ koalicyjny, w którym lider im słabszy, tym lepszy. Chwalebny wyjątek stanowi Angela Merkel, ale i jej przywództwo nie wytrzymuje imigranckiej próby - nie trzeba dodawać, że jej potencjalni następcy równają do Camerona czy Hollande'a, a już na pewno nie do de Gaulle'a czy Adenauera. Skoro o de Gaulle'u mowa: myśmy już zapomnieli, że patriotyzm i narodowa duma nie daje się ot tak, po prostu sprowadzić do tępego szowinizmu i zoologicznej nienawiści do obcych. Znowu wracamy do osoby - jeśli ktoś, jak Piłsudski czy de Gaulle oddał ojczyźnie całe życie, ryzykując i poświęcając dosłownie wszystko, wtedy inny sens zyskują w jego ustach deklaracje narodowe. Nie przypadkiem zresztą pierwszy zabiegał o niepodległość i współpracę Ukrainy, a drugi współtworzył nowy powojenny ład, którego zwieńczeniem stała się Unia Europejska.
Jeśli brunatna fala ma swoich złotoustych wodzów i magików - ona ich niesie, oni ją w zamian pracowicie utrwalają i instytucjonalizują - to my musimy mieć swoich. Dlaczego Kennedy, Willy Brandt czy De Gaulle właśnie, stanowić mają już tylko symbol jasnej strony mocy bezpowrotnie minionej epoki? Matki przestały ich rodzić? Otóż nic z tych rzeczy: to właśnie elity partii demokratycznych i europejskich muszą głęboko przemyśleć, kogo premiują awansem i komu powierzają przywództwo. Żarty się skończyły, a miernoty zatopią europejski projekt i doszlusują do Donalda Trumpa, w charakterze jego ubogiej klienteli. Albo stare europejskie partie głęboko zmienią swoje myślenie, albo zostaną słusznie zmiecione z powierzchni ziemi.
Gdyby John Fitzgerald Kennedy urodził się w roku 1970 w dużym kraju naszego kontynentu, poradziłby sobie i z Marine Le Pen i z Alternative fuer Deutchland. Poradziłby sobie autorytetem, charyzmą, głębokim (magicznym?) związkiem z ludźmi oraz jasnym i czytelnym przekazem. Nie poradzi sobie z brunatnymi fuehrerkami anonimowa eurokracja, ani bezbarwni i asekuranccy notariusze, których partyjni biurokraci wyznaczyli na rządową funkcję. Wyznaczyli przecież po to, by pilnowali korporacyjnych i koteryjnych interesów, a nie wojowali z faszystami o przetrwanie zjednoczonej Europy.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Jeśli Kaczyński każe Ziobrze postawić Tuskowi zarzuty, może złamać mu karierę w Europie i w Polsce - cz.2

Na stronie internetowej TV TRWAM pojawiło się doniesienie o tym, że trójmiejska prokuratura wszczęła postępowanie w związku z obywatelskim donosem na Tuska. Donos dotyczył faktu długoletniej agenturalnej współpracy naszego byłego premiera z niemieckim, a wcześniej zachodnioniemieckim wywiadem BND - Bundesnachrichtendienst. TRWAM podało nawet tuskowy pseudonim w germańskiej służbie: Donald miał tajnie (potem z Merkel to już nawet jawnie) współpracować z odwiecznym wrogiem pod pseudonimem "Oskar", zaczerpniętym zapewne z "Blaszanego bębenka" Guenthera Grassa.
Doniesienie do prokuratury złożyła grupa zatroskanych obywateli pod nieformalnym przewodem Krzysztofa Wyszkowskiego, niegdyś współzałożyciela Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, potem aktywnego w "Gwiazdozbiorze" (od małżeństwa Gwiazdów), gdzie wspólnie z Anną Walentynowicz przez lata szerzyli wieści o "Bolku". Wyszkowski przez wiele lat procesował się z Wałęsą o to, czy może publicznie nazywać go agentem SB: w którejś tam instancji sąd uznał, że raczej nie, jednak głównie z powodów formalnych (Wałęsę wcześniej sąd lustracyjny uznał za niewinnego). Zważywszy to wszystko, można by potraktować ostatni wyczyn Wyszkowskiego za ciąg dalszy politycznego folkloru, gdyby nie jedna okoliczność: Wyszkowski zna doskonale Naczelnika Jarosława, jest na Nowogrodzkiej ceniony jako zasłużony dekomunizator oraz zaprzysięgły wróg Wałęsy i trudno sobie wyobrazić, by pisał do ziobrowej prokuratury bez wcześniejszych uzgodnień z Wodzem.
Oznaczać to może początek operacji "Donald do piachu", którą Kaczyński od dłuższego czasu przygotowuje (poprzez Ziobrę i nie tylko), a którą półgębkiem i tajemniczo również od dawna zapowiada. Gdy przy okazji oskarżeń o AMBER GOLD i powołania komisji śledczej pod wodzą Wassermanówny Tusk zaproponował Kaczyńskiemu debatę przy otwartej kurtynie, ten odpowiedział, że w Polsce z rozmawiać z nim będzie wyłącznie prokurator. Naczelnik z pewnością nie rzuca słów na wiatr; jednocześnie Waszczykowski wstrzymał zapowiadaną od miesięcy publikację białej księgi okołosmoleńskiej korespondencji poprzedniego rządu z Rosjanami i przekazał wszystkie materiały fachowcom Ziobry.
Prokurator Generalny ma oskarżyć Tuska i jego najbliższych współpracowników (Sikorskiego, wiceministra Kremera, ambasadora w Moskwie Bahra, Arabskiego, a nawet Borusewicza, wtedy marszałka senatu ) o tak zwaną "zdradę dyplomatyczną", czyli potajemne knowania z ościennym mocarstwem przeciwko głowie państwa (w tym przypadku, ustawodawcy chodziło raczej o premiera), uosabiającej polską rację stanu. Właściwy artykuł kodeksu karnego jest mocno enigmatyczny i rozciągliwy, stwarza więc gorliwym prokuratorom praktycznie nieograniczone pole do popisu.
Sedno w tym, że choć w żadnym sądzie nie uzyska się na takiej podstawie skazania premiera, niesposób jednak zakwestionować zasadności samego oskarżenia, bo ma ono swoje przesłanki - klucz tkwi w samym tupecie, czy raczej bezczelności stojącej za podobną akcją prokuratury. Nikt poza Kaczyńskim by się na to w Europie nie zdecydował; choćby dlatego, że w polskim systemie premier jest nieporównanie ważniejszy od prezydenta, a trudno oczekiwać, że odmienna strategia polityki zagranicznej urzędnika silniejszego może być skutecznie zaklasyfikowana jako zdrada tego o słabszych kompetencjach. Prawdziwe sedno jednak w tym, że Kaczyński nie dąży  (przynajmniej na tym etapie) do skazania znienawidzonego rywala, w tej chwili wystarczy mu w zupełności uwikłanie go w długoletni i wyniszczający proces. Korzyści mogą okazać się podwójne: Unia nie zdecyduje na przedłużenie mandatu szefa Rady Europejskiej politykowi pod poważnym zarzutem karnym, a Tuska wyeliminuje się z wyborów parlamentarnych 2019 i prezydenckich 2020.
Konstrukcja zarzutu będzie prosta jak budowa cepa: pierwotna koncepcja wspólnych polsko-rosyjskich uroczystości katyńskich stworzona w Departamencie Wschodnim MSZ zakładała jedno centralne wydarzenie w dniu 10 kwietnia 2010, bez względu na skład polskiej delegacji. Dobitnie wyraził to wiceminister Andrzej Kremer po rozmowach w Moskwie 25 i 26 stycznia. Gdy 25 lutego szef kancelarii premiera Tomasz Arabski czynił również w Moskwie ostatnie ustalenia z Jurijem Uszakowem, zastępcą szefa kancelarii rządu Federacji Rosyjskiej, rzecz się już miała inaczej. Dlaczego? W międzyczasie, dokładnie 4 lutego prezydent Kaczyński oficjalnie poinformował o swej woli wzięcia udziału w obchodach. Postało zamieszanie protokolarne - planowano przecież spotkanie premierów (Putin był wtedy dla odmiany premierem), a prezydent Miedwiediew miał podobno inne plany na pierwszą dekadę kwietnia. Doszło również do turbulencji politycznych: uroczystości katyńskie miały mieć wedle wspólnej koncepcji Tuska i Putina charakter przyjaznego przełomu - strona rosyjska miała jeszcze raz się pokajać, otworzyć szeroko archiwa, Polacy mieli oficjalnie uznać, że zbrodnia NKWD nie leży już na sumieniu dzisiejszej Rosji. Prezydent Kaczyński, uważany przez Putina i Ławrowa za "antyrosyjskiego", zdecydowanie nie pasował do koncyliacyjnej koncepcji. Podjęto brzemienną w skutki decyzję o rozdzieleniu wizyt.
Sęk w tym, kto ją podjął. Wedle oskarżycieli zdecydował o tym Kreml, a Tusk ochoczo to podchwycił. Premierzy w ustalonej konwencji mieli spotkać się w Katyniu 7 kwietnia, prezydenta przestawiono na 10, formalnie traktując jego wizytę jako "zagraniczny komponent wewnątrzkrajowych obchodów katyńskich" (z analizy naszego MSZ). Chodziło o wytłumaczenie demonstracyjnej nieobecności prezydenta Miedwiediewa. Prokuratura traktuje właśnie to ustalenie, podjęte przez premierów poza plecami prezydenta i bez jego wiedzy, jako "zdradę dyplomatyczną". Naciągane? Niewątpliwie, ale dokładnie tą drogą pójdą ziobrowi prokuratorzy, gdy Kaczyński zapali wreszcie zielone światło.
A pewnie niebawem zapali, bo nie będzie czekał, aż trup jego wroga sam do niego Wisłą przypłynie. Musi pomścić brata.